niedziela, 13 lutego 2011

Tomasz Rosiński w tekście o Cyceronie w najnowszym Kronosie pisze o politycznym sceptycyzmie:

Nasze pojęcie wielkości skrojone jest na dogmatyczną miarę. Podziw pokoleń zyskuje się przez tępy upór i bezrozumny idealizm. Jan Luksemburski - niewidomy król, który wybiera się na wojnę stuletnią i tam, jakże by inaczej, ginie - oto kwintesencja heroizmu, tej orgii bezinteresownej głupoty. Ale dzieje polityki mają też innych bohaterów, z góry skazanych na niesławę bądź zapomnienie. Są to ci, dla których polityka była ściśle tajną i samotna misją realizacji sceptycznej episteme, bez wiedzy ludu i wbrew jego woli. Specyfika tej myśli wymusza na nich dwulicowość; ich ezoteryczna wiedza o niewiedzy musi ustroić się w pstre szaty potocznych mniemań, by móc uprawiać dywersję na tyłach wrogich dogmatycznych armii; żyją więc i giną w przebraniu, nierozpoznani wśród wrzawy dziejów.
  

czwartek, 10 lutego 2011

Nieco o realizmie politycznym będzie

Zaglądam sobie czasem do różnych czytanek, które gdzieś tam leżą sobie u mnie na półce. W sumie przeróżne rzeczy tam mam – poza jakimś dziwnym lewactwem, w które jakoś specjalnie nie jestem zaopatrzony (myślę, ze trzeba będzie to choć trochę zmienić), jest tam wiele rożnych pozycji. Jak tak na to wszystko patrzę... to wydaje mi się, ze masa z nich to po prostu - może nie śmieci, ale - rzeczy które bym dzisiaj się na pewno nie zaopatrywał, bo raczej szkoda na coś takiego czasu i pieniędzy. Ale jest w tym wszystkim jakiś obraz mojego – uwaga, będzie patos – rozwoju intelektualnego i duchowego. Podobnie zresztą z samym tym blogiem, na którym jest pełno tekstów, które jakbym dzisiaj u kogoś innego przeczytał to uznałbym tego kogoś za raczej niewartego uwagi. Ale do rzeczy, bo zaczyna wychodzić chyba nieco toyahowo, a zamierzenia i cele jednak mam bardzo antytoyahowe.

I tak sięgając do sobie do tych książek, złapałem się za Wojnę peloponeską Tukidydesa. Mam po tych różnych książkach pozaznaczane różne fragmenty, cobym wiedział gdzie mam czytać, jak se kiedyś to ponownie otworzę. W Tukidydesie potencjalnie jest masa takich fragmentów, takich, że właśnie fajnie jest sobie do nich wrócić.

Jak wiecie, albo i nie wiecie, Wojna peloponeska uważana jest za ‘biblię’ realizmu politycznego. Tak, tego realizmu od wspierania ruskiego buta tłamszącego naród polski, zdrajcy Wielopolskiego, zasiadania w sowieckim sejmie w Warszawie za PRL-u, negowania zasadności lustracji czy nawet popierania stanu wojennego. ‘Wolni Polacy’ od Rymkiewicza już pewnie przełączyli stronę, więc przejdźmy do konkretów.

Kanonicznym fragmentem kanonicznego dzieła Tukidydesa (dla realizmu, rzecz jasna, choć zapewne utwór posiada także inne walory) jest, jak wiecie, albo i nie wiecie, tzw. dialog melijski. O co chodzi?

Bunt melijski to w zasadzie drobny epizod wielkiej wojny, która porządnie wstrząsnęła światem starożytnej Grecji. Była to wojna dwóch wielkich bloków politycznych, skupionych wokół dwóch wielkich ośrodków politycznych: Aten i Sparty, które rozwinęły gęstą sieć politycznych sojuszy, na które składali się mniejsi i jeszcze mniejsi. Melos – mała wysepka na Morzu Egejskim, polityczny sojusznik Sparty, to polis, które zaliczyć należałoby do kategorii ‘jeszcze mniejszych’, albo i nawet gorzej. No, po prostu malutkie i słabe państewko, niezdolne do prowadzenia żadnych poważniejszych działań wojennych, a już na pewno nie do obrony przed kimś takim jak armia ateńska.

Los jednak dla Melijczyków łaskaw nie jest i dochodzi do sytuacji kiedy to potężna flota ateńska podpływa pod wyspę, w celu – biorąc pod uwagę toczoną właśnie wojnę – łatwym do odgadnięcia. Melos staje przed wyborem: zgodzić się na podporządkowanie Atenom i pozwolić na ulokowanie na wyspie ateńskiego garnizonu, czy walczyć o niepodległość. Sytuacja, choć z historycznego punktu widzenia nader nieistotna, staje się pretekstem dla późniejszych rozważań z zakresu myślenia politycznego. Jako pewnego rodzaju ‘klasyczny’ przypadek ze sfery politycznej rzeczywistości. Dziś choćby w Polsce porównywana jest do Powstania Warszawskiego, kiedy to doszło przecież do okoliczności bardzo podobnej

Ateńczycy nie chcą niszczyć miasta, nie jest im to do niczego potrzebne, wręcz przeciwnie – woleliby ‘całe’ Melos, które mogliby zaprząc do swojej antylacedemońskiej koalicji (Pragniemy bowiem bez wysiłku objąć nad wami panowanie, a równocześnie życzymy sobie waszego ocalenia, które będzie korzystne dla obu stron). Na wyspę udaje się ateńskie poselstwo w celu ‘uregulowania’ niejasnej sytuacji.

I tak, Ateńczycy już na wstępie (słowa, które wydać się mogą na wskroś cyniczne, ale chyba u każdego, kto próbuje politycznie myśleć wywołać są w stanie dreszcz na grzbiecie):

Nie będziemy tutaj wygłaszać długich i nie wzbudzających wiary przemówień ani opowiadać pięknie o tym, że panowanie słusznie nam się należy, gdyż pokonaliśmy Persów, albo o tym, że zaatakowaliśmy was, ponieważ nas skrzywdziliście. Lecz i was ze swej strony prosimy: nie myślcie, że przekonacie nas twierdząc, że jako lacedemońscy koloniści nie mogliście się przyłączyć do naszej wyprawy albo że nie wyrządziliście nam żadnej krzywdy, lecz starajcie się osiągnąć to, co według naszego obopólnego przekonania istotnie leży w granicach możliwości. Przecież jak wy tak i my wiemy doskonale, że sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest tylko wtedy momentem rozstrzygającym, jeśli po obu stronach równe siły mogą ja zagwarantować; jeśli zaś idzie o zakres możliwości, to silniejsi osiągają swe cele, a słabsi ustępują.

Dalej, Melijczycy próbują argumentować za pozostawieniem im niepodległego państwa, odwołując się m. in. do zasad sprawiedliwości, które to miałoby zaspokajać interes polityczny także Aten, proponują ‘przyjazna neutralność’, twierdzą, że poddanie się oznaczałoby dla nich hańbę i tchórzostwo, bądź to stwierdzają, że wypadki wojen przybierają nieraz zupełnie inny obrót niż wynikałoby to ze wzajemnego stosunku sił czy powołują się na sojusz z Lacedemończykami, którzy rzekomo im przyjdą z pomocą (czy nie przypomina to naszej polskiej rzeczywistości, w której w zasadzie każde powstanie na idealistyczny sposób oczekiwało na pomoc z zewnątrz?) czy zdradzają się z nadzieją, że Ateńczycy w końcu odstąpią od miasta ze względu na konieczność działań w innych rejonach, gdzie toczy się wojna. Ateńczycy:

Wiecie przecież, że Ateńczycy nigdy nie jeszcze nie odstąpili od żadnego oblężenia z obawy o inny front walki. Zwracamy wam jednak uwagę, że chociaż ustaliliśmy, iż będziemy zastanawiać się nad ocaleniem, nie powiedzieliście w czasie tych długich rozmów ani jednego słowa, na którym można by budować ocalenie. Najsilniejszą waszą podporą są odległe nadzieje, podczas gdy środki, którymi rozporządzacie w obecnej sytuacji, są nikłe w stosunku do sił, które wam przeciwstawiono. Postąpicie też bardzo lekkomyślnie, jeśli po naszym odjeździe nie poweźmiecie jakiejś rozsądniejszej decyzji. Nie powodujcie się niewczesnym uczuciem honoru, które w niebezpieczeństwach jawnych i grożących hańbą wielu doprowadziło do zguby. Na ogół bowiem ludzie dają się zwieść słowu ‘hańba’ i chociaż widzą, do czego do czego to ich prowadzi, ulegają sile tego wyrazu, rzucając się dobrowolnie w otchłań niepowetowanych nieszczęść i ściągając na swa głowę z braku rozwagi jeszcze większą hańbę. Lecz wy unikniecie tego, jeśli uznacie, że nie jest hańbą ustąpić przed najpotężniejszym państwem, które stawia wam umiarkowane warunki. Chcemy, żebyście się stali naszymi sprzymierzeńcami i zachowując swoje terytorium, płacili nam daninę. Mając więc wolny wybór miedzy wojną a bezpieczeństwem, nie wybierajcie zła pod wpływem fałszywej ambicji. Najlepiej może postępują ci, którzy równym sobie nie ustępują, dla silniejszych zachowują szacunek, wobec słabszych umiar. Zastanówcie się nad tym po naszym odejściu i pamiętajcie, że podejmujecie decyzję w sprawie ojczyzny, którą macie tylko jedną i której los zależeć będzie od tej jednej decyzji: dobrej lub złej.

Tukidydes pisze dalej :

Ateńczycy opuścili obrady. Melijczycy, pozostawszy sami, powzięli decyzje zgodną z tym co mówili  podczas spotkania z Ateńczykami, i dali następująca odpowiedź: >>Ateńczycy! Nie zmieniliśmy naszych poprzednich poglądów; nie damy w jednej chwili odebrać wolności miastu, które od siedmiuset lat zamieszkujemy, lecz ufając losowi kierowanemu ręką boską, który dotychczas zapewnił nam przetrwanie, oraz przy pomocy ludzi, mianowicie Lacedemończyków, będziemy starali się ocalić. Wzywamy was, żebyście nam pozwolili być waszymi przyjaciółmi i zachować neutralność oraz żebyście zawarłszy z nami układ, jaki wyda się stosowny oby stronom, odeszli z naszego kraju.<<

Taką odpowiedź dali Melijczycy. Ateńczycy zaś, przerywając rozmowy, oświadczyli: >>Na podstawie waszych decyzji wydaje nam się, że jesteście jedynymi ludźmi na świecie, którzy bardziej liczą na przyszłość niż na teraźniejszość, którzy kierując się własnymi życzeniami, patrzą na rzeczy niepewne jakby na pewna rzeczywistość. Im bardziej liczycie na Lacedemończyków, szczęście i nadzieję, tym większego doznacie rozczarowania.<<

Wiemy jak zakończył się epizod melijski, bądź to można się tego domyśleć – ostatecznie Ateńczycy wszystkich mężczyzn, którzy wpadli im w ręce, wymordowali, dzieci i kobiety sprzedali w niewolę. Miasto zaś sami skolonizowali, posławszy później pięciuset osadników.


Jak dla mnie jest w tej historii jakiś magnetyzm, coś co głęboko porusza, bo dotyka chyba tego obszaru mózgu, który odpowiedzialny jest za myślenie polityczne (nic to, że nauka go jeszcze nie odkryła – on jest! ;-)). To po prostu POLITYKA, obdarta ze wszelkich idealistycznych złudzeń i moralistycznych przekonań, którymi ciągle próbuje się zakrzykiwać rzeczywistość. Ateńczyków można oczywiście potępiać, i to z wielu punktów widzenia, ale czy w sytuacji Melijczyków cokolwiek to może zmienić? Nie ma tu znaczenia agresja Ateńczyków jest moralnie dobra czy zła, czy odpowiada jakiemuś zestawowi wyznawanych idei czy nie – ona po prostu JEST, i nie ma tu drogi ucieczki w żadne romantyczne wizje, ‘Królestwa Wolnych Polaków’, ani nic z tych rzeczy. To polityczne albo-albo, które wbija się w tył głowy jak trzpień, z którym się już potem chodzi. 
  

wtorek, 8 lutego 2011

Czego Sakiewicz nie rozumie?

W tytule jest nazwisko Sakiewicza, ale nie będzie to jednak polemika z naczelnym Gazety Polskiej, choć w sumie on sprowokował mnie do tych kilku zdań. Chodzi raczej o pewien sposób myślenia, który w tym co Sakiewicz pisze wyraźnie się krystalizuje. Niech posłuży to nam za punkt wyjścia. Rozpoczynamy zatem oględziny.

Żeby nie owijać w bawełnę: cecha charakterystyczną stronnictwa patriotycznego/smoleńskiego jest głębokie powiązanie polityki z moralnością. W zasadzie w tym przypadku stapiają się te sfery z w jedną – postulaty moralne staja się postulatami politycznymi, a polityczny program i sposób działania wynika wprost z moralnych przekonań. Polityka i moralność to w zasadzie jedno i to samo. Mamy zatem ‘imperatyw moralny’, który dzisiaj każe dociekać ‘prawdy smoleńskiej’, wcześniej podobne imperatywy dyktowały działania choćby kolejnym grupom polskich powstańców czy Starzyńskiemu, który w ’39 nonsensownie bronił stolicy.

W PiS-ie, już w samej jego nazwie skupia się pewien fenomen. Tu nie ma żadnego przypadku, ta nazwa nie mogła brzmieć chyba inaczej. Jak pisał C. Schmitt (cytuję z pamięci): ‘Machiavelli dochodzi do fundamentalnego rozróżnienia, przeciwstawiając sobie nawzajem filozofię racji stanu i filozofię prawa i sprawiedliwości (podkreślenie – K.)’. To dwa różne sposoby myślenia. Choć pisowcy głoszą, ze to oni stoją na straży polskiej racji stanu, tak naprawdę, w sposób nieświadomy, kwestionują całkowicie tę tradycję myślenia. W rzeczywistości bronią oni czegoś zupełnie innego – moralnych pryncypiów, takich właśnie jak sprawiedliwość czy powszechne uznanie dla prawdy. Widać to zarówno w pisowskiej ocenie polityki zagranicznej, w różnych pomysłach, które z tej strony na ten temat padają, jak i w polityce partii, która też ma swoją małą ‘rację stanu’, tj. również dąży (powinna dążyć) do zdobycia władzy, która jest przecież podstawą każdego innego działania.

Rymkiewicz daje tu chyba najlepsze świadectwo tego sposobu myślenia, głosząc, że PiS nie jest po to aby zdobywać władzę i rządzić, ale po to, żeby ‘przechować i pielęgnować ideę polskości, przenieść ja nieskażoną do czasów przyszłych, dla kolejnych pokoleń’. To właśnie ten sposób rozumowania - myślenia całkowicie antypolitycznego.

Podobny, na wskroś moralistyczny wydźwięk, mają słowa Kaczyńskiego, który mówi na temat potencjalnych koalicji, w które wejść by mógł PiS w przyszłości. Dokładnego cytatu pod ręką nie mam, ale wydźwięk jest następujący: PO – z powodu sprawy Smoleńska, sposobu prowadzenia polityki zagranicznej i wielu innych (oczywistych przecież) kwestii taka koalicja jest wykluczona, PSL – sprawa umowy gazowej, więc odpadają, PJN – niemoralni renegaci, nie ma szans na porozumienie, SLD – wiadomo. Kaczyński tez nie myśli politycznie, w polityce bowiem sojusz z wrogiem jest jak najbardziej możliwy – choćby przeciwko wrogowi śmiertelnemu. Politycznie myślał Richelieu, kiedy w czasie wojny trzydziestoletniej katolicka Francja sprzymierzała się z protestancką Szwecją. Z moralnego i religijnego punktu widzenia takie działanie było oczywiście nader wątpliwe, ale jednak na wskroś polityczne. Polityka sama w sobie to dziedzina relatywizmu, gdzie wszystkie wartości są względne, z jednym wyjątkiem: relatywizować nie można tylko państwa. Max Weber pisał: ‘Ludzie nienaganni pod względem moralnym są złymi politykami.’ Taka jest gramatyka polityki i nie unieważnią jej moralistyczne sądy.

Z moralistycznego punktu widzenia każdy polityczny kompromis jest kompromisem ‘zgniłym’, kompromisem którego trzeba się wstydzić. Politycznego wroga wystarczy pokonać, wroga moralnego, który jest wcieleniem Zła należy zniszczyć. Wnoszenie do polityki własnych przekonań moralnych brutalizuje konflikt. Można by to porównać XVIII- czy XIX-wieczne wojny prowadzone przez gabinety, kiedy to dyplomaci wręczali sobie akta wypowiedzenia wojny lub warunki pokoju, podając sobie wzajem ręce, oraz wojny XX-wieczne, toczone w celu całkowitego zniszczenia przeciwnika i kończone aktami całkowitej kapitulacji, przy ogromnej nienawiści mas, zwykłych ludzi względem siebie, tak, ze nawet niemożliwe stawało się utrzymywanie towarzyskich kontaktów miedzy obywatelami dwóch walczących stron i rozpadały się tego typu ‘mieszane’ związki małżeńskie. Dzisiaj też nieraz krzywym okiem patrzy się na takie utrzymywanie relacji z ‘lemingami’.

Aktualna jest dzisiaj sprawa Trójkąta Weimarskiego. Z salonowej ankiety zdaje się wynikać, ze dla zwolenników PiS-u to kolejny element zdrady narodowej. Polityczny sojusz (mniejsza w tym momencie o jego wagę), zdaję się, najlepiej byłoby zastąpić sojuszem moralnego oporu, Sojuszem Prawdy i Cierpienia, które, wedle pisowskiej mitologii, najdokładniej odzwierciedlał by zapewne układ Polska – Gruzja – Czeczenia. W ogóle, czy można dzisiaj być polskim patriotą, nie miłując narodów gruzińskiego i czeczeńskiego?

Takie pojmowanie polityki prowadzi środowisko PiS do politycznego nihilizmu, czegoś w rodzaju wspomnianych wcześniej wynurzeń Rymkiewicza. W ogóle polską tradycją jest już to, że ‘obóz patriotyczny’ musi być u nas w opozycji. Czytając różne komentarze pisowców, odnosi się wrażenie, że z psychologicznego punktu widzenia to właśnie w opozycji czują się oni najlepiej, mogąc stale kwestionować nie tylko obecny rząd, ale najlepiej cały system, podobnie jak robili to wcześniej kolejni powstańcy czy opozycja w PRL-u. Najwyższym stopniem polskiego patriotyzmu jest walka, a cechą polskiego męża stanu musi być przede wszystkim heroizm i odwaga, które to ucieleśniają się np. w bohaterskich eskapadach do Gruzji.

Mamy zatem ten konflikt między filozofią polityki, a filozofią powstania warszawskiego. Sakiewicz, współczesny powstaniec, twierdzi, ze PiS ma szansę wygrać obecne powstanie. Nie wnikając w to na ile zasadne są tego typu wnioski, to nawet jeśli tak się stanie, to stanie się to ‘przypadkiem’, wbrew wszystkiemu, co środowisko prosmoleńskie czyni, wbrew tym wszystkim Brudzińskim, którzy twierdzą, że polską racją stanu jest rozkopywanie smoleńskich grobów.


Cosik mi się ostatnio porobiło z kontem na bloggerze i nie mogę komentować, nie tylko zresztą na swoim blogu, ale również na wszystkich innych, nawet jako anonim. Tak więc, na ewentualne komenty pod tym postem raczej nie odpowiem, chyba, ze coś rozkminię w tej kwestii. Jakby ktoś chciał podyskutować to niech wpadnie na blog na S24.

sobota, 25 grudnia 2010

Włączyłem telewizor, aby obejrzeć pasterkę transmitowaną z Bazyliki św. Piotra. Przed nią studio telewizyjne i rozmowa w nim bliżej nie znanej mi prezenterki z księdzem i pewnym starszym żeglarzem. Kobieta siedzi ubrana w krótką spódniczkę, na czymś, co przypomina stołek barowy. Wypytuje kapitana o historie na morzu i ‘najdziwniej spędzoną Wigilię’. Pyta czy kiedy był sam na oceanie, to łamał się ze sobą opłatkiem i czy składał sam sobie życzenia. Kolejny epizod reality-show o chilijskich górnikach, z których jeden daje wywiad z okazji świąt. Zapowiedź przeniesienia się do Watykanu przypomina o pasterce.

Wracając do niestandardowych sposobów spędzania Wigilii – jakiś ekstatyczny nawał ich relacjonowania. Płetwonurkowie ubierają choinkę pod wodą, miłośnicy koni łamią się opłatkiem ze swoimi zwierzętami. Odnosi się wrażenie, że kiedyś tego typu doniesienia serwowano jedynie w programach dla dzieci.

W homilii Benedykt XVI m. in. w wyważony sposób daje odpór liberałom i modernistom w Kościele, wspominając o ‘ludziach dobrej woli’, wyrażeniu, które na dobre zadomowiło się w posoborowym katolicyzmie. Nie wystarczy być ‘dobrym’, aby zostać zbawionym. W oczywisty sposób konieczna jest wiara. Banalność tej prawdy połączona z koniecznością ciągłego jej dzisiaj powtarzania świadczy o regresie jaki dokonał się w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci.

sobota, 11 września 2010

niedziela, 29 sierpnia 2010

Antyleberalizm w pięć miut, czyli o leberalizmie powiedzieli

Nieco antyliberalnych słodkości.


Światopogląd widzący w śmierci milionów jedynie bezsens, musi być z gruntu bezpłodny jako bezbożna, bezduszna i beznamiętna wizja świata. A jest to światopogląd liberalizmu wszelkiej maści, poczynając od anemicznej inteligencji demokratycznej, a na komunizmie – jej późniejszym spadkobiercy duchowym skończywszy. (Ernst Jünger)

Liberalny burżuj jest starszym bratem bolszewika. (Alexis Carell)

Liberalizm jest rzeczą dla głupców. Ględzi się o tym czego się nie posiada. [...] Każdy dla siebie: to jest angielskie; wszyscy dla wszystkich: to jest pruskie. Liberalizm jednak oznacza: państwo dla siebie, każdy dla siebie. Jest to formuła, wedle której nie sposób żyć. (Oswald Spengler)

Liberał bowiem, jako człowiek kompromisu, pragnie aby nigdy nie nadszedł dzień radykalnej negacji lub pełnej afirmacji; dlatego przy pomocy dyskusji zamąca wszystkie pojęcia, rozplenia sceptycyzm wiedząc, że lud, który nieustannie, przy każdej sprawie, słyszy z ust swoich sofistów „za” i „przeciw”, w końcu nie wie już czego ma się trzymać i pyta się, czy prawda i fałsz, sprawiedliwość i niesprawiedliwość, hańba i honor rzeczywiście są ze sobą sprzeczne, czy też raczej są tym samym, rozpatrywanym z różnych punktów widzenia (...) stan taki nie może trwać zbyt długo. Człowiek jest zrodzony do działania, i wieczna dyskusja, która nie zostawia miejsca na działanie, jest czymś nienaturalnym. Nadejdzie dzień, kiedy lud pchany swoimi instynktami runie na ulice, aby zdecydowanie zażądać wypuszczenia Barabasza lub Jezusa, i aby przewrócić katedry sofistów. (Juan Donoso Cortes)

Narody upadają poprzez liberalizm. (Arthur Moeller van der Bruck)

Był on [liberalizm] zawsze reprezentantem bezpłodności, niepojmowania tego, co właściwie było konieczne, [...] był zawsze kłodą na naszej drodze, wierny nie życiu lecz przekonaniom, pozbawiony wewnętrznej karności. (Oswald Spengler)

Triumf społeczeństwa nad państwem to ustawiczna zdrada kraju, zdrada stanu ze strony tego co podłe i pospolite. (Ernst Jünger)

Liberalizm to stadne zezwierzęcenie. (Fryderyk Nietzsche)

To, że Paweł VI był liberałem, jak przyznaje jego przyjaciel, kard. Danielou, wystarczy, by wyjaśnić zniszczenia dokonane podczas jego pontyfikatu. Papież Pius IX szczególnie często mówił o liberalnym katoliku, uważając go za niszczyciela Kościoła. Liberalny katolik jest istotą o dwóch obliczach, żyjącą w świecie nieustannych sprzeczności. Chciałby pozostać katolikiem, a jednocześnie owładnięty jest ideą pojednania ze światem. Wyraża swoją wiarę słabo, gdyż obawia się okazać zbyt dogmatycznym, a w rezultacie jego działania są zbieżne z działaniami wrogów wiary katolickiej. Czy papież może być liberałem i pozostawać papieżem? Kościół zawsze ostro potępiał liberalnych katolików, ale nie zawsze rzucał na nich ekskomunikę. (Marcel François Lefebvre, CSSp.)

Łatwo zauważyć, że „zaawansowany liberalizm” Giscarda d’Estaing w okolicach roku 1975 przywiódł Francję do socjalizmu; ale uważa się w dobrej wierze, że „prawo liberalne” może nas obronić przed uciskiem totalitaryzmu. Ludzie o dobrych intencjach tak naprawdę nie wiedzą czy powinni aprobować, czy uważać za błędną „liberalizację aborcji”. Ale byliby gotowi do podpisania petycji domagającej się liberalizacji eutanazji. W gruncie rzeczy, wszystko, co opatrzone jest etykietą wolności, przez dwa wieki było otaczane aurą prestiżu, właściwą takiemu słowu, które oznacza świętość. Ale, mimo to, właśnie przez to słowo giniemy. To liberalizm dotknął swoim jadem zarówno świeckie społeczeństwo, jak i Kościół. (Marcel François Lefebvre, CSSp.)

Liberalni katolicy są wilkami odzianymi w owcze skóry, będą was nazywać papistami, klerykałami, nieprzejednanymi wstecznikami. Miejcie to sobie za honor. (Pius X)

Liberalizm jest sprawą silnych, a nie słabych, słabi przez liberalizm upadają. Nie powinni brać się za liberalizm, gdyż nie mogą sobie nań pozwolić. (Carl Schmitt)

Nie istnieje polityka liberalna, a jedynie liberalna krytyka polityki. (Carl Schmitt)

Wrogiem człowieka konserwatywnego jest człowiek liberalny. (Arthur Moeller van der Bruck)

Liberał – co to takiego? Czy to przypadkiem nie taki osobnik, który wierzy, że jego przeciwnik ma rację? (gen. Charles de Gaulle)

Liberalizm z konieczności współgra z zepsutą naturą ludzką, tak jak katolickość jest jej zasadniczym przeciwieństwem. Liberalizm to wyzwolenie z ograniczeń; katolickość to wędzidło dla namiętności. Zaś upadłemu człowiekowi, zgodnie z bardzo naturalną tendencją, podoba się system przynoszący uprawomocnienie i uświęcenie pychy jego intelektu i rozpasania namiętności. Dlatego Tertulian powiada: „W swych szlachetnych aspiracjach dusza jest z natury chrześcijańska”. Podobnie można by powiedzieć, że człowiek, przez skażenie swojego pochodzenia, rodzi się z natury liberałem. (ks. dr Feliks Sarda y Salvany)

Niemiec przybiera wobec liberalistycznego frazesu typową postawę człowieka półedukowanego. Gdyby był nieedukowany, wówczas zaakceptowałby ten frazes bezkrytycznie. Gdyby był głębiej edukowany, wówczas rozpoznałby właściwy sens frazesu jako moralne usprawiedliwienie własnych działań przed opinią publiczną i osąd obcego. Niemiec natomiast chciałby potraktować go bardzo serio, ale wychodzi mu to tak, jak dzikim z wodą ognistą: w rezultacie odczuwa marny rausz, dzięki któremu inni robią swoje interesy. (Ernst Jünger)


Ma ktoś jeszcze jakieś wątpliwości co do liberalizmu? :->

niedziela, 22 sierpnia 2010

Dlaczego Tusk odpuszcza?

Czemu Tusk odpuszcza w sprawie Smoleńska? Czemu ten rząd w polityce zagranicznej jest tak bierny? Jestem zdania, że wynika to wprost z jego liberalizmu. Nie chodzi o to, że jest on jakimś sprzedawczykiem, który podporządkował się Rosji, z premedytacją przypinając do rosyjskiej smyczy, a wszystko zaaranżowane zostało przez agenturę, jakby chciały tego proste umysły. W każdym razie nie wprost, choć stwierdzenie, że liberalizm to permanentna zdrada stanu wydaje się już być co najmniej warte przedyskutowania.

Mowa tu oczywiście o liberalizmie par excellence – całościowej doktrynie obejmujące wszystkie dziedziny społecznego życia, a nie jedynie teorii ekonomicznej, do czego skłonni są redukować liberalizm co po niektórzy. Platforma często określana jest jako ‘łże-liberalna’ (bo nie obniża podatków, bo nie redukuje przerostu biurokracji), jednak jest to tylko ślizganie się po powierzchni tematu – żeby dokopać się do tego jak jest w rzeczywistości, trzeba wbić łopatę znacznie głębiej. Trzeba liberała odwiedzić w jego własnym domu.

Sedna liberalizmu (ale też i każdej innej ideologii) możemy szukać, w czymś, co nazwiemy tu sobie roboczo ‘doktrynalną metafizyką’. W liberalnej ‘duchowości’, w sposobie myślenia, bo to co wierzchnie często sprowadza się jedynie do zestawu mechanicznie powtarzanych komunałów. Znajdźmy zatem modus operandi liberalizmu, modus operandi działań Tuska i Platformy Obywatelskiej.

Istota liberalizmu to kompromis, mediacja, ‘wyczekująca połowiczność’, niekończąca się dyskusja, niechęć do politycznego decydowania i unikanie odpowiedzialności. A Tuska widać to aż nadto – zrzucanie winy za skutki powodzi na jakichś lokalnych wójtów, obarczanie odpowiedzialnością za opieszałość smoleńskiego śledztwa prokuratury i paniczny wręcz lęk do działania w tej sprawie na poziomie politycznym, pozostawienie państwowej biurokracji samej sobie, czy niechęć do podjęcia jakiejkolwiek ważkich decyzji w polityce krajowej (można to oczywiście próbować wcale nie bezzasadnie wyjaśniać strachem przed utrata społecznego poparcia, jednak twierdzę, że cały problem zaczyna się znacznie wcześniej, a ten rząd nie zrobi niczego znaczącego, choćby miał zagwarantowane zwycięstwo w kolejnych wyborach).

Analizując politykę zagraniczna rządu Platformy, warto wspomnieć o słowach Donalda Tuska, wypowiedzianych w jednym z wywiadów jeszcze na początku lat 90-tych. Mówił on wtedy, że Polska jest jak przechodni korytarz, przez który ciągle ktoś przechodzi, zwalając z kredensów cały czas na nowo układane zastawy - powinniśmy więc w tym domu urządzić się w taki sposób, żeby, mimo wszystko, nic z mebli nie spadało. Tak, żeby nikomu zbytnio nie przeszkadzać. To jest ten liberalizm bez żadnych domieszek, z drobnomieszczańską – najpewniej nie zamierzoną, ale jakże wymowną! – metaforyką jako etykietką.

Liberalizm boi się polityczności. Polityka to walka o swój interes, podejmowanie decyzji i ich egzekucja. Pojęcia te, jak i samą politykę należy przypisać państwu, któremu liberalizm przeciwstawia społeczeństwo ze swoimi indywidualistycznymi interesami i interesikami. Opozycja państwo-społeczeństwo jest dla liberalizmu zasadnicza. Polityka państwowa może wymagać od jednostki jakiejś formy poświęcenia, więc patrzy się na nią z odrazą. Liberalistyczne myślenie w ogóle nie zakłada tego, że mogą wystąpić jakieś konflikty między narodami czy międzypaństwowe spory, jego wewnętrzna logika w ogóle nie bierze tego pod uwagę. Liberał jest zupełnie na tego typu rzeczy ślepy, a kiedy już do takich sytuacji dochodzi, poza garścią frazesów o potrzebie współpracy i kompromisu nie ma zupełnie nic do zaoferowania. Cichym marzeniem każdego liberała jest utopijna wizja świata wolnego od jakichkolwiek sporów, konfliktów i różnic interesów, które to interesy byłyby inne niż indywidualistyczne, świata bez polityki. Liberalizm jest antypolityczny, nie istnieje polityka liberalna, a jedynie liberalna krytyka polityki, jak brzmi jeden z bardziej znanych cytatów Schmitta.

Taki jest Tusk, z tego on wyrasta. Zresztą nie tylko on, ale i większość ludzi dzisiaj, przynajmniej pośrednio. Rzeczywistość mierzy to jednak własną miarą, co oprócz tego, że jest zagrożeniem, może być tez i szansą na to, żeby coś zrozumieć.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Schmitt o III RP AD 2010

Smutnym alegorycznym obrazem obecnej sytuacji w Polsce są zdjęcia z Krakowskiego Przedmieścia na których widnieją metalowe płoty odgradzające od siebie dwie zwaśnione strony. W podobny sposób można potraktować informacje o mężczyźnie, który przyszedł tam wczoraj z autentycznym bojowym granatem. Jeszcze rzut oka na to co się pisze w internecie i uprawnionym staje się wniosek, że sytuacja zaszła już za daleko.


Może się jednak zdarzyć, że konstytucja przerodzi się w sam tylko zestaw reguł gry, a jej etyka w zasady fair play. Wówczas na skutek pluralistycznego rozpadu jedności politycznej całości, dochodzi do tego, że owa jedność staje się tylko kombinacją zmiennych porozumień zawieranych przez różnorodne grupy. Etyka konstytucyjna degraduje się wtedy jeszcze głębiej, mianowicie w etykę zasady pacta sunt servanta. We wszystkich wymienionych przypadkach etyki państwowej państwo pozostaje jednością, zarówno w razie podporządkowania go etyce, jak i uczynienia go nadrzędnym podmiotem etycznym, a także jako konkretnie istniejąca, uprzednio założona jedność, zawarta w powszechnie uznanym konstytucyjnym fundamencie bądź też w obowiązujących regułach gry.

Jedynie na zasadzie pacta sunt servanta nie może być oparta żadna państwowa jedność, ponieważ poszczególne grupy społeczne jako podmioty zawierające umowy są wówczas jako takie miarodajnymi jednostkami korzystającymi z umów, złączonymi ze sobą wyłącznie za sprawą więzi kontraktu. Występują wtedy naprzeciw siebie jako samodzielne siły polityczne, a wszelka jedność może być tylko rezultatem ich sprzymierzenia, które – jak każdy alians i kontrakt – podlega wypowiedzeniu. Umowa oznacza więc jedynie zawarcie pokoju między paktującymi stronami, a takie zawieszenie broni, niezależnie od paktujących, niesie ze sobą zawsze możliwość być może odległej, ale jednak wojny. W tle tego rodzaju etyki kontraktowej kryje się zawsze etyka wojny domowej. Natomiast na pierwszym planie jawi się oczywista niewystarczalność zasady pacta sunt servanta, która, mówiąc konkretnie może być niczym więcej niż tylko legitymizacją chwilowego status quo i, podobnie jak w życiu prywatnym, może zapewnić co najwyżej pierwszorzędną etykę lichwiarską.

Kiedy jedność państwa staje się problematyczna w rzeczywistości życia społecznego, prowadzi to do warunków nie do zniesienia dla ogółu obywateli, albowiem zanika wówczas sytuacja normalna, a wraz z nią wszelkie etyczne i prawne normy. Pojęcie etyki państwowej zyskuje wtedy nową treść i pojawia się nowe zadanie: praca nad świadomym przywróceniem owej jedności, obowiązek współpracy w urzeczywistnieniu konkretnego, realnego porządku i restytucji normalności. Wtedy też, obok obowiązku państwa, który polega na podporządkowaniu się normom etycznym, a także obowiązku wobec państwa, pojawia się jeszcze jeden, zgoła odmienny rodzaj obowiązku dotyczącego etyki państwowej, mianowicie obowiązek na rzecz państwa.

Carl Schmitt, Etyka państwowa i państwo pluralistyczne



Ten konflikt nie zaczął się od awantury o krzyż, ani od momentu smoleńskiej katastrofy. Toczy się on oczywiście już od kilku lat. Myślę, że nie ma sensu szukać ciągle winnych i formułować kolejne oskarżenia, zresztą wszystko już chyba zostało wykrzyczane. Winę z pewnością ponoszą obie strony, także i PiS. Rzeczywistość w której żyjemy, czy tego chcemy czy nie, jest pluralistyczna. To empiryczny fakt, którego żadna dzisiejsza koncepcja nie może ignorować. Słowa o ZOMO z ust premiera polskiego państwa nie powinny nigdy paść, tamta retoryka i sposób myślenia nie powinny mieć miejsca. Tak samo jak nie można prowadzić wojen w imię ludzkości, tak w partyjnej rzeczywistości żadna partia nie może ogłaszać się jedyną siłą tożsamą z interesem państwa, pozbawiając tego przymiotu inne. Wspominam tu o PiS-ie, bo ten cytat jest w sumie dla Was, Pisowcy.

sobota, 7 sierpnia 2010

Grasz albo odpadasz

Taki oto film.



Jest to parada wojskowa w tysięczną rocznicę państwowości polskiej. Oderwijmy się w tym momencie od kontekstu ściśle historycznego, o którym każdy z nas wie jaki on był i spójrzmy na nią z innej perspektywy.

Parada wojskowa sama w sobie niesie określony rodzaj emocji. Nie jest to nic innego jak manifestacja gotowości do walki. Dlatego tak często urządza się je choćby w państwach otwarcie przyznających się do upodobania przemocy - dzisiaj świetne widoczne jest to w przypadku Korei Północnej - ale i w takich krajach jak Chiny czy Rosja, które też nie zamierzają ukrywać tego, że swój interes będą stanowczo egzekwować. Na przeciwległym biegunie jest w tym przypadku dzisiejsza sfeminizowana demokracja liberalna, nastawiona na niekończące się dyskusje i żmudne negocjacje i to właśnie wojnie prowadzonej przez państwa demokratyczne zawsze towarzyszy propagandowy spór o to, kto jest agresorem, a kto tylko się broni. Tak więc dzisiaj w Europie parad wojskowych się nie organizuje, albo robi się to bardzo niechętnie i na małą skalę, a samo wojsko wstydliwie skrywa się przed wzrokiem obywateli.

Wróćmy do filmu. Jest w nim coś. Napięcie odpowiednio wzmaga muzyka, tak, że całość robi wrażenie. Odbiorca otrzymuje wiadomość, że PRL to nie jakaś atrapa, a realna siła. Jest w tym określony duch, rodzaj śmiertelnej powagi, przypominającej o momencie, w którym kończą się rokowania i spór przeniesiony zostaje do instancji wyższej, w której o racji rozstrzygną konie mechaniczne, litry paliwa, ilość wyprodukowanej stali, tonaż okrętów, to jakie zdoła się uzyskać wartości mocy i energii, wyrażone w statystycznych diagramach.

Szczególne wrażenie robi część parady, w której maszerują współczesne rodzaje broni. Jest to odczucie surowości, nieodpartej konieczności, przygnębiającego odczłowieczenia, do których najlepiej pasowałby metaliczny posmak w ustach. Widzimy hierarchię pola walki – defilują kolejno: piechota, jednostki zmechanizowane, broń pancerna i na końcu, broń atomowa jako argument rozstrzygający. O najwyższym stopniu suwerenności, od którego nie ma już gdzie wystosować apelacji. Uczucie beznadziejności się pogłębia.

Charakterystyczny jest tu żołnierz obsługujący wyrzutnie rakiet z głowicami nuklearnymi. Nie ma w tym momencie znaczenia czy są one uzbrojone czy nie. Jego twarz jest niewyraźna, nie widać w niej nic szczególnego, jest to twarz, którą mógłby mieć przechodzień na ulicy albo człowiek sprzedający w kiosku papierosy. Nie jest to wojownik posiadły daną sztukę walki, a raczej technik-inżynier przeszkolony do obsługi pewnego rodzaju technicznego urządzenia. Poza tą umiejętnością, z która został zaznajomiony w podobny sposób w jaki dzieci uczy się wiązać buty albo korzystać z telefonu i dzięki której w jednym momencie jest w stanie usmiercić tysiące ludzi, nie ma w nim absolutnie nic szczególnego. To nie wojownik, a Nieznany Żołnierz, tak samo jak wszyscy jego kompani.  Być może pochodzi z jednej z wiosek Podlasia czy Podkarpacia, wyrastając z tamtejszego chłopstwa, będąc którymś z synów swoich pewnie jeszcze nie całkiem piśmiennych rodziców. Ale chodzi o to, że  nie ma to żadnego znaczenia. W ewentualnej wojnie tak on, jak i większość z tych żołnierzy zginęła by nie oglądając nawet na oczy wroga, bądź w taki sam sposób samemu zabijając.

Warto obraz współczesnego wojska porównać z wojskiem przeszłości. Film czyni ku temu okazję. To co pierwsze rzuca się w oczy to strój. Barwne kostiumy dawnych lat, bogato zdobione ornamentyką, która poza funkcją estetyczną przede wszystkim dawała informację o stanie i związaną z nim rangą, w których wojownicy z uśmiechem na twarzach ruszali, żeby się bić, wyparty zostaje przez przygnębiająco monotonny uniform, którego podstawowym atutem jest stapianie się z tłem. W nim także nie ma zupełnie nic szczególnego. W jednolitym, czarnym kombinezonie można równie dobrze obsługiwać maszynę w fabryce, zbierać śmieci na ulicy, jak i miotać pociski nuklearne. To już nie jest człowiek, ale człowiek wykonujący określoną czynność.

Jest to oczywiście kwestia podmiotowości. Średniowieczny rycerz był podmiotem pola bitwy, współczesny żołnierz to tylko część jego funkcji. Technika niweluje każdą ludzką przewagę. Jak mówi Jünger w Robotniku: dla dwu- lub trzyosobowej załogi stanowiska ogniowego ze sprawnym karabinem maszynowym nie straszny był meldunek, że naciera na nią batalion. Wobec serii pocisków wystrzeliwanych z techniczną dokładnością nie ma znaczenia liczba wroga, stan jego ducha, wola walki, indywidualne umiejętności. Podobnie jest z użyciem gazu bojowego. Tego typu sposoby walki zamieniają pole bitwy w strefy, na które dany rodzaj technicznego środka oddziałuje, bądź nie. Na współczesnej wojnie nie pada się już, ale odpada (Jünger).

Podział na regularną armię i obywateli zanika. To, że na filmie za wojskiem idą zwykli ludzie jest bardzo wymowne. Oni także są mobilizowani i też wzięli by udział w walce: jako operatorzy maszyn w fabrykach, górnicy wydobywający dla nich surowiec, pielęgniarki opatrujące rannych, matki wychowujące przyszłych żołnierzy. Czynności, które wykonują, zarówno maszerując po warszawskim Placu Defilad, jak i w codziennym życiu, nabierają znaczenia dopiero wobec większej całości. Cała choreografia polega na tym, że jej uczestnicy wykonują równomiernie daną czynność. W przeciwnym razie nie miało by to przecież żadnego sensu. Indywidualny aspekt, to kim oni są, jacy są i co myślą nie ma znaczenia, tak samo jak w przypadku tych żołnierzy liczy się tu wyłącznie wymiar funkcjonalny. Późniejsza zmiana ustroju nie ma tu wiele do rzeczy, bo mowa jest o czymś znacznie bardziej podstawowym.

Ten krótki film to metafora głębokich prawd.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Nie lubię jak ktoś bredzi na temat Powstania. Czy to Powstania Warszawskiego, czy wszystkich innych, które były wcześniej. Każde polskie powstanie to sprawa w której skupia się tak wiele zasadniczych wątków, różnych perspektyw, problematycznych kwestii, że to w tym właśnie miejscu możemy szukać odpowiedzi na podstawowe pytania. Co to tak naprawdę jest polityka? Po co komu ona potrzebna? Jak to wszystko do cholery działa? To jak rynek w mieście do którego prowadzą szersze i węższe uliczki. Godzina „W” polityki. Sorry za egzaltację, ale tak to widzę. Newton miał swoją jabłoń, Grecy mieli bunt melijski, my mamy Powstanie Warszawskie. Jeśli ktoś bredzi przy tej kwestii, to śmiało możemy zakładać, że będzie bredził przy wielu innych.

* * * 
Korzystając z okazji, podzielę się z P.T. Czytelnikami rewelacyjną rzeczą, która mi się znalazła. Jeśli ktoś nigdzie nie wyjeżdża na wakacje, niech nie jojczy tylko klika.

http://www.vatican.va/various/basiliche/san_pietro/vr_tour/index-it.html

wtorek, 20 lipca 2010

Kto cnotę posiadł, a kto nie

Na marginesie bieżących wydarzeń politycznych warto odnotować kilka rzeczy.

Choćby to, że moralistyka to nie to samo co polityka. Co by na ten temat nie mówili szefowie partii, a za nimi bezmyślnie nie powtarzała tego ich żołnierka.

Cóż mamy przed oczami? Mamy znany już wszystkim „imperatyw moralny”. Nie jest to rzecz nowa, wcześniej także się pojawiał. W różnych konfiguracjach i dość w sumie często, choć może nie nazwany jeszcze tak jak dzisiaj się nazywa. Ta retoryka od zawsze była dla PiS-u charakterystyczna, jej zawdzięczamy odmienianie „moralności” przez wszystkie przypadki.

Cnota sama w sobie nie jest oczywiście czymś złym, najprawdopodobniej jest nawet rzeczą pożądaną, źle natomiast się dzieje, kiedy staje się ona kwestią politycznych rozważań, albo zaprzęgana jest do politycznych bojów. Zawsze odbywa się to ze szkoda zarówno dla niej samej, jak i dla polityki. Polityczne wezwanie do cnoty jest jak wyciągnięcie miecza. Momentalnie pojawia się dychotomiczna ocena i arbitralny podział na cnotliwych i tej cnoty pozbawionych, którzy automatycznie przestają być politycznymi przeciwnikami, a stają się etycznymi wrogami. Wojna toczona za pomocą skonwencjonalizowanych środków zamienia się w wojnę totalną. Wroga nie wystarczy pokonać, trzeba go zniszczyć. Musi być on nieustannie stygmatyzowany; etyczna brzytwa służy do jego oszpecania. Z kimś takim żaden kompromis nie jest oczywiście możliwy, byłby on czymś obrzydliwym i karygodnym.

Tak myśleli i działali francuscy jakobini. Narzucanie ogółowi własnych etycznych przekonań zawsze idzie w parze z terrorem. W Polsce mamy choćby Rymkiewicza z jego żalem, że komuniści nie zostali powywieszani na latarniach. Podobnie lustracja miała służyć do oddzielenia tych, którzy utracili „kwalifikacje moralne”, aby sprawować państwowe urzędy. Tyle, że to wszystko antykomunistyczne złudzenia, realnie nic by to nie zmieniło, a państwo nie jest przecież od tego, żeby prześwietlać ludziom sumienia.

Cały czas stoimy przed dwoma sposobami myślenia: jeden z nich można by określić jako „etykę przekonań”, drugi to „etyka celów”. Z jednej strony są powstańcy z kolejnych polskich powstań, z drugiej krakowscy Stańczycy i konserwatyści z Kongresówki. Romantyczny idealizm i polityczny realizm. Romantyk pyta: jak być powinno?; realista woli wiedzieć jakie będą tego skutki.

Mamy zatem tę rewolucję bez rewolucji, powstanie bez powstania. Został z tego tylko sposób myślenia, z ducha rewolucyjny podział na „dwie Polski”, na Polaków „prawych i lewych”, tych „prawdziwych” i całą resztę, wszystko okraszone gradem moralistycznych potępień i deklamacjami o patriotyzmie. Swoje cnoty próbuje narzucić się wszystkim innym, co może być tylko przeciwskuteczne. Palikot nie jest po nic innego jak tylko do podsycania tej atmosfery i dokładania drewna do tego patriotycznego piecyka, na którym cały czas się kogoś smaży, ale dziarscy pisowcy w swej złości nigdy chyba tego nie pojmą.

Gorączka zatem przybiera na sile. Po prawej stronie blogosfery atmosfera podobna już do tej w kozackim obozowisku, gdzie towarzystwo gotowe w każdej chwili zażądać głowy choćby i atamana. Oznak zdrowego rozsądku coraz mniej.

To powstanie skończy się tak samo jak wszystkie wcześniejsze.

* * *

W Polsce jak zawsze brylują polityczni frazesowicze, sentymentalni ultramoraliści i doktrynerzy antypolityki, którzy wzięli naród polski w moralną dzierżawę i potrafią jedynie "wykręcić z zawiści i niedościgłych utopii bat polskiego patriotyzmu, trzaskać i śmigać nim bezpiecznie i bezmyślnie w lewo i w prawo". Ci uprawiacze "werbalnego promiskuityzmu" pchają polską politykę w "próżną nawę złudzeń", by na końcu bezpłodnie biadolić nad "nową Jałtą" i z masochistycznym upojeniem wystawiać na pokaz swoje rany. (Tomasz Gabiś)

sobota, 10 lipca 2010

Kto zdrowy, a kto chory?

Służę testem.

Prawda, że fascynujące? Przyznam się tu bez bicia, że to jakby o mnie, powinienem chyba się zgłosić, gdzie trzeba. Nie wszystko co prawda całkiem zgadza się z tym co autor tutaj zgrabnie wypunktował, bo życie jednak jest bardziej skomplikowane niż (tutaj jeszcze powstrzymajmy się od przymiotników) teorie. Także z moim wychowaniem było inaczej, więc pewnie musiałbym przejść dodatkowe badania.

Jednak uświadomiłem sobie pewne rzeczy. Zawsze lubiłem wszelkie konwencje - choćby silnie skonwencjonalizowane kino: westerny czy filmy Tarantino, których głównym atutem jest właśnie zabawa konwencjami. Zawsze mnie to jakoś przyciągało, w przeciwieństwie choćby do różnych Bergmanów czy Godardów, którzy dla kina są w rzeczywistości tym, czym anarchizm wobec polityki.

W religii szczególnie ciekawym dla mnie jest moment, w którym znajduje się dogmat, w pewien sposób fascynujące dla mnie są takie zjawiska jak działalność Świętego Officjum, Indeks ksiąg Zakazanych, papieskie potępienia nieznoszące sprzeciwu, zrytualizowana msza w klasycznym rycie rzymskim. Nie mogę zdzierżyć coraz to bardziej popularnej postawy, kiedy ktoś wybiera sobie z religii co mu się podoba, często przecież z całkiem różnych wyznań.

To co pisze Adorno, przynajmniej z grubsza, jest dość słuszne, choć należało by to oczywiście obedrzeć z tego wyraziście polemicznego charakteru i trochę do tego dodać. Chodzi oczywiście o kwestie opisu pewnego typu osobowości. Na pewno istnieje coś takiego jak „umysł prawicowy” i, analogicznie, „lewicowy”. Po prostu jedni ludzie mają wrodzoną skłonność do tego, czego chciałaby prawica, inni z kolei już jakby rodzą się lewicowcami. Nakładają się na to później różne tam prania mózgów, którymi się ludzi traktuje, ale może to sprawić co najwyżej, że ktoś chodzi w nie swojej skórze. Z Bakunina nikt nigdy, jakimikolwiek metodami, nie zrobił by prawicowca, bo nie był on w stanie nikomu i niczemu się podporządkować i nawet utworzenie anarchistycznej organizacji uważał za zdradę ideałów.

Kim jest Adorno? Bo ktoś z lektury tekstu mógł odnieś wrażenie, że to jakiś „niezależny ekspert”, jak to się teraz często mówi, szczególnie, że tekst jest w wikipedii, która jest przecież „apolityczna”, którym to słowem szafuje się dzisiaj z równą częstotliwością? Otóż Adorno to postać tzw. frankfurckiej szkoły nauk społecznych, czyli dość w sumie skrajnej, neomarksistowskiej lewicy, z czego dobrze zdawać sobie sprawę.

Prawica z reguły dość sceptycznie odnosiła się zawsze do psychoanalizy, tak więc jest to przestrzeń zdominowana przez lewicę. To wyjaśnianie masy zjawisk społecznych na gruncie psychologii jest dość charakterystyczne dla współczesności. Teologiczne pojęcie „duszy” zastąpione zostało terapeutycznym pojęciem „osobowości”, jak pisał Schmitt. Zatem już nie problematyczność ludzkiej natury, a psychologiczne patologie, siedzące najgłębiej, bo w samym środku człowieka. Prawicowy sposób myślenia jest zatem niewłaściwy nie ze względu na polityczny, historyczny, czy kulturowy kontekst, jest patologią z samej swojej istoty.

Gdy przyjąć punkt widzenia Adorno, wtedy całe dzieje jawią się jako jeden wielki ciąg patologicznych zdarzeń, tworzonych przez ludzi psychicznie pokiereszowanych, podczas gdy dopiero ostatnimi laty ludzkość mogła skorzystać z intelektualnych osiągnięć Marksa i Freuda. Taki pogląd musi być nie do zniesienia, więc trudno się dziwić, że lewica historii nienawidzi. Ta wiara jest doprawdy irracjonalna, bo empiria mówi zupełnie coś innego. Cóż to za reguła, od której właściwie są tylko wyjątki?

środa, 26 maja 2010

Ha!

Patrzcie ludzie co wyszło (tu proszę kliknąć)! Jednak poza poradnikami dla akwizytorów i książkami kucharskimi coś w tej III RP jeszcze się tłumaczy i wydaje. Jak tylko zrobię porządek z tym uczelnianym bajzlem, to biorę się za czytanie. Nawet spuścili już na starcie 3 zeta, więc nie sposób nie skorzystać z takiej okazji.

Czytałem na razie fragmenty przetłumaczone na rzecz pewnej antologii i jest naprawdę grubo. Wobec tego totalitaryzmu, który wyłonił się już zza rogu (Jünger widzi jego korzenie daleko wcześniej), rzecz jak znalazł. Tak, że polecam.

Heilige! ;-)

środa, 19 maja 2010

Nie popuścimy, czyli z dziejów Końca Historii

Jak wiadomo każdy porządny człowiek brzydzi się polityką. Porządnych ludzi nie tylko ona nudzi, ale przed wszystkim zniesmacza i irytuje. Porządnego człowieka denerwuje to, kiedy mówi mu się o polityce. Polityka kojarzy mu się bowiem z nieustannym konfliktem oraz złością i agresją. „Bo jak to tak można ciągle się kłócić?” Dlatego porządny człowiek popada w takich sytuacjach w złość i agresję.

Kiedy jeden z bardziej znaczących porządnych ludzi ogłosił kiedyś Koniec Historii, reszta – nie tyle mniej znaczących, co zajętych ciężką pracą i spłacaniem kredytów- porządnych ludzi bardzo się ucieszyła. Ów Koniec Historii oznaczał oczywiście Koniec Polityki. To był ten rytm którego oczekiwał wtedy umęczony Historią i Polityką świat. Koniec Historii został przebojem sezonu, a jego autor dawał kolejne występy po całym świecie. Gdyby nie ów Koniec Historii pewnie jako komplement potraktował by słowa mówiące, że odniósł historyczny sukces.

Tego Końca wypatrywano już dużo wcześniej. Jego nadejście obiecane zostało przez laickich proroków przed wiekami. Kolejni myśliciele dzięki swej wytężonej pracy wynajdywali kolejne niedoróbki świata, które należało poprawić, rugując z niego to co niewłaściwe, czyli to co stanowiło matkę wojen, głodu, płaczu kobiet, oraz sporów przy napitku w licznych karczmach. Marzenie o wyrugowaniu Historii z toku historii stawało się coraz powszechniejsze, zwłaszcza, że podpierane było obietnicą powszechnego dobrobytu i powszechnej szczęśliwości. Powstało nawet jego kilka bratnich wersji i dopiero kiedy dwie dekady temu Romulus zgładził Remusa, można było Koniec Historii ogłosić.

Niestety, pojawili się ludzie nikczemni i mali, którzy – korzystając dalej z naszej muzycznej metafory – Koniec Historii skrytykowali czy nawet, o zgrozo, wygwizdali. Mniejsza o ich intencje – nie jest to dla nas w tym momencie ważne czy chcieli na szczycie listy umieścić swoją melodię, dostrzegli w tamtej jakąś fałszywą nutę czy zrobili to tylko z wrodzonej im przekory. Znaczące jest za to, że okazało się, że Końca Historii trzeba przed nimi bronić.

Historia Końca Historii ma już dwadzieścia lat i wciąż nie widać jej końca. Gazety codziennie zapełniają się doniesieniami z pola walki między Historią, a jej Końcem. Post-historyczne partie post-polityczne nawzajem oskarżają się o historyczność i polityczność. Te także atakowane są w licznych polemikach prasowych, które wraz z upływem historii przenoszą się na grunt wirtualny. Wiele państw zbroi się i udoskonala sposoby walki. Zapewniają one przy tym, że jeśli broń zostanie użyta to tylko do walki z Historią. Możliwe, że można im wierzyć, bowiem wszystkie współczesne wojny to wojny w imię pokoju, co ogłasza się z przekonaniem przy ich wypowiadaniu.

Polityka Końca Polityki została już wpisana do programu post-politycznego każdej znaczącej się partii, na sztandarach wyhaftowane zostały hasła Kompromis – Porozumienie – Koniec Polityki pod którymi toczy się bezkompromisową polityczną walkę z tymi, którzy w swych umysłach wyryte mają tylko trzy słowa: Konflikt – Gniew – Polityka. W pewnym kraju, który rzutem na taśmę dwadzieścia lat temu załapał się jeszcze na polityczną niepodległość, post-polityka przybrała szczególne polityczne natężenie. Przeciwko politykom, którzy opanowali w latach 2005-2007 rządy, a którzy przyznawali się w sposób otwarty do swojej polityczności oraz głosząc potrzebę rozwiązania historycznych problemów i ściągając tym samym na siebie powszechny gniew, wytoczono najcięższe działa: politykę miłości.

Polityka miłości to rodzaj post-polityki, czyli Polityki Walki z Polityką, a zatem część historii walki Historii z Końcem Historii. Już samo przytoczenie owego programowego zarysu wskazuje na to, że kronikarze mogą mieć wiele pracy. Jak pouczał pewien niemiecki myśliciel, Carl Schmitt, wojny o wieczny pokój to bowiem najkrwawsze z wojen.

Jak wiadomo, pierwsze etapy polityki miłości to już historia, więc wielu ludzi potrafi wskazać jej ofiary, a także tych którzy w tej odmianie post-polityki znaleźli szczególnie upodobanie. Ktoś kto zna te fakty możliwe, że stwierdziłby, iż walka Polityki z Końcem Polityki zaostrza się wraz ze zbliżaniem się do Końca Historii. Potwierdzałyby to także słowa pewnego post-reżysera, wypowiedziane w ostatnich dniach w warszawskich Łazienkach, który pod łopoczącymi na maszcie chorągwiami z hasłami „Pokój” i „Współpraca”, orzekł, że trwa właśnie wojna domowa.

Słowa te jednak nie mają większego znaczenia, poza oczywiście tym, w którym można je użyć politycznie, bo mobilizacja tych, którzy w tej wojnie mieliby wziąć udział, z historycznego punktu widzenia i tak zaczęła się znacznie wcześniej. Tak więc wobec mobilizacji politycznej grupy zwolenników politycznego mobilizowania się maszerują po równo skoszonych trawnikach politycznie zmobilizowani przeciwnicy wszelkiej politycznej mobilizacji. Swoje równo skoszone trawniki opuścili, bo nie chcą się od nich odrywać; mobilizują się, bo chcą pozostać zdemobilizowani; atakują, bo chcą pokoju.

Tak idąc równym krokiem rzucają hasła o dowolności, oskarżają tych, którzy posunęli się do tego, aby kogoś oskarżać, snują wizje o kompromisie, które natychmiast wykorzystują w swojej walce. Krzyczą „Precz z polityką”, bo uwierzyli w liberalne utopie.

sobota, 8 maja 2010

piątek, 7 maja 2010

Wyborcza fauluje, a sędzia nie gwiżdże

Wyborcza postuluje palenie zniczy na grobach czerwonoarmiejców 9 maja. Wywołało to oczywiście spór. Tyle, że – przynajmniej po części – nie toczy się on na płaszczyźnie na której powinien się toczyć. Wyborcza argumentuje mniej więcej tak: zarzućmy polityczne spory, historyczne okoliczności, oddajmy tym żołnierzom hołd „ tak po ludzku”.

Jednakże Wyborcza przekonując do zarzucenia politycznego kontekstu, sama w tym momencie formułuje postulat jak najbardziej polityczny, zwłaszcza w obecnej sytuacji i zwłaszcza wobec szerszej kampanii, którą obecnie prowadzi.

Wydaje się, że wielu komentatorów bezwolnie wpadło w te tory i przyjęło logikę gazety Michnika. W znacznej mierze dyskutuje się o tym czy tym ludziom, niejednokrotnie całkiem młodym chłopakom, wplątanym z reguły w wojenne okoliczności bez ich woli należy te świeczki palić czy nie. Sam bym się nie sprzeciwiał gdyby ktoś to chciał zrobić - iść na jakiś stary, zachwaszczony cmentarz, zapalić tam znicz i się pomodlić. Z drugiej strony doskonale zrozumiałbym tego, kto nie miałby na to ochoty czy wręcz uważał to za niestosowne, bo wielu z tych żołnierzy mordowało, kradło i gwałciło niewinnych ludzi. Jest to po prostu sprawa ściśle prywatna – ktoś kto odczuwa taką potrzebę niech to zrobi, reszta nie powinna mu w tym przeszkadzać.

Ale to co robi Wyborcza to przeniesienie tego z prywatnego gruntu na płaszczyznę stricte polityczną. Indywidualne pragnienie staje się politycznym postulatem, czymś co wymaga się od każdego, a ktoś kto temu się sprzeciwia staje się automatycznie jakimś rusofobem. Jest to w tym momencie moralny szantaż za którym dodatkowo stoi cały kompleks politycznych poglądów i interesów.

Ta dyskusja powinna dotyczyć właśnie tego na ile zasadna jest ta kampania, co za nią stoi, a nie tego czy można w ogóle tym żołnierzom palić znicze czy nie. To bowiem jest sprawa jak najbardziej osobista i każdy już sam sobie powinien o tym zdecydować. Ktoś kto rzeczywiście uważa to za stosowne i tak zrobiłby by to bez tekstów w Wyborczej.

Większość przeciwników palenia tych zniczy przyjmuje właśnie logikę tej gazety, ustawiając się na chyba z góry straconej pozycji, a z pewnością na pozycji, na której ich argumenty można im łatwo powytrącać z ręki. Jednak w rzeczywistości krytyka jest tu bardzo łatwa i miejsce tego pojedynku powinno być tylko jedno: na polityzację takich spraw nikt się nie musi godzić.

środa, 28 kwietnia 2010

Dwa fajne cytaty dla zwolenników końca świata

Otóż:

Oto czego pierwiej nie wiedziano, obecnie zaś się wie lub mogłoby się wiedzieć - rozwój wsteczny, nawrót w jakimkolwiek w jakimkolwiek znaczeniu i stopniu zgoła jest niemożliwy. Przynajmniej my fizjologowie wiemy o tem. Atoli wszyscy kapłani i moraliści wierzyli w te możliwości - chcieli sprowadzić, cofnąć ludzkość do dawniejszej miary cnoty: dziś jeszcze istnieją stronnictwa, które marzą o pochodzie wstecznym wszech rzeczy. Atoli nikomu nie wolno być rakiem. Nie ma na to rady; musimy iść naprzód, to znaczy pogrążać się coraz głębiej w dekadencji. (Fryderyk Nietzsche)

Widzę, tak jak Lovercraft, przewalanie się ogromnych gnijących mas, które poruszają się falami bez końca, zatapiając ostatnie pozostałe krystaliczne struktury oporu duchowych elit; w ekstatycznej bezsilności mojego halucynacyjnego przebudzenia wlepiam wzrok w połyskującą czarną pianę, pianę czarnej dezintegracji, obrzydlistwo demokratycznego fetoru, i w przerażające organy tych skręcających się w konwulsjach ciał, które – z fałszywym uśmiechem wyszminkowanych brudnych kurew, z plażowo-kalifornijskim uśmiechem europejskich antyfaszystów, z uśmiechem manekinowatych dziwek w migoczących wystawowych oknach – przygotowują naszą ostatnią klęskę prowadzącą nas ku celowi, którego one same nie znają, albo, dokładniej mówiąc, znają go aż nazbyt dobrze, i na drodze ku niemu z lubością wysysają nam szpik z kości; to jest ten deliryczny ołowiany płaszcz praw człowieka, ten ekskrementalno-rzygowinowy pomiot piekielny, choć piekło mogłoby poczuć się tym porównaniem urażone. (z Jeana Parvulesco)

Komentarza nie będzie.

I jeszcze cytat bonusowy z dedykacją dla Krzysztofa J. Wojtasa.

Nie jesteśmy zainteresowani zielenieniem się Ameryki, chyba że chodzi o trawę, która pokryje jej grób. (Abbie Hoffman)

Enjoy!

Zatrzymajcie tę propagandę!

To co się obecnie w Polsce dzieje to jakiś bezrozumny amok. Zewsząd wylewa się propaganda o jakimś polsko-rosyjskim pojednaniu. Mamy to niby paść sobie w ramiona, między nami zapanować ma jakaś wieczna i niczym niemącona przyjaźń. Celują w tym szczególnie prywatne media. Tłoczy się ludziom do głowy rzeczy, które z politycznego punktu widzenia są zwykłym nonsensem.

Sytuacja wydaje się przybierać całkiem już patologiczne rozmiary. Całe zagrożenie polega na tym, że zakładamy sobie właśnie pęta, które w przyszłości będą krępować naszą politykę zagraniczną. Twardą i stanowczą politykę względem Rosji uniemożliwiał będzie po prostu stan polskiej opinii publicznej. Kolejne ekipy rządzące paraliżowane mogą być strachem przed posądzeniem o agresywny stosunek do Rosji czy rusofobię.

To co działo się Rosji po 10 kwietnia, to składanie kwiatów, pisanie kondolencji i parę jeszcze innych rzeczy może i było uprzejme, może i wypadałoby to pochwalić, ale jeśli idzie o realną politykę jest zupełnie bez znaczenia. Smoleńsk ani o jotę nie zmienił interesów Polski i Rosji, cele polityczne, gospodarcze czy handlowe tych państwa są dalej takie same jak były wcześniej.

To pojednanie nie jest niczym innym jak pustym jak pustym frazesem. W rzeczywistości żaden naród nie jest w stanie czegoś takiego zrobić. Tak jak nie może zawierać umów międzynarodowych, skazywać przestępców czy zlecać budowy autostrad, tak samo nie jest zdolny do tego, aby się z kimkolwiek jednać. Naród nie podejmuje politycznych decyzji, jest to technicznie niemożliwe Robią to państwowe instytucje i ludzie, którzy nimi kierują.

Jako niedorzeczność traktuję sugestie, że rosyjska elita polityczna z czegokolwiek zrezygnuje. Z kluczowych interesów politycznych nie rezygnuje się pod wpływem chwilowych emocji, a już na pewno nie robią tego funkcjonariusze czekistowscy. Po drugiej stronie nie stoją jacyś politykierzy z partyjnych młodzieżówek, tylko ludzie wywodzący się wprost ze służb. Spośród tysiąca najważniejszych stanowisk w rosyjskim państwie 70% obsadzonych jest dzisiaj przez ludzi z byłej KGB, FSB i GRU. To jest cały system władzy, to ci ludzie podejmują w Rosji decyzje, a nie żaden „rosyjski naród”. Śmiem wątpić, że tak się wzruszyli, by chcieli się z nami „jednać”, cokolwiek miało by to znaczyć.

Jestem przekonany, że to co właśnie obserwujemy to rosyjska gra obliczona na rozmiękczenie polskiego społeczeństwa. Ta emisja filmu Wajdy w państwowej telewizji, to wpadanie sobie w ramiona,  ta cała seria gestów – wszystko to ma na celu wywołanie określonego wrażenia. Zachwyca się tym masa ludzi, ale w polityce międzynarodowej gest to najbardziej licha waluta. Momenty rzeczywiście znaczące pojawią się z czasem, bo pojawić się przecież muszą., tyle, że może się okazać, że u nas wszyscy, uprzednio „pojednawszy się”, poszli spać.

Jak najbardziej do tego wszystkiego pasuje to o czym gdzieś na boku się mówi  i to co dochodzi do nas z Rosji– w Polsce po 10 kwietnia na wielką skalę uaktywniła się rosyjska agentura wpływu. I  nie są to żadne rusofobiczne rojenia.

Chodzi o to, żeby zatrzymać tę agitację i osuwanie się społeczeństwa w romantyczne miazmaty, bo przybrało to już formy jak najbardziej szkodliwe. Powinien to zrobić rząd, dając jasny sygnał, że polityka się nie skończyła.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Rozmowa mistrza Polikarpa z Chmurą

MAGISTER DICIT:

Powiedz Chmuro moja miła
Cóż ta ludzkość ci zrobiła
Że ją tak doświadczasz marnie
Nikt juz lotów nie ogarnie
Ustąp nieba - to niewiele
A nam zrobi sie weselej

CHMURA RESPONDIT:

Na nic mistrzu twoja mowa
Jam ustąpić nie gotowa
Niech pociągi ludzi niosą
I niech milczy już Barroso
Skończcie szybko ten wasz lament
Groźny wulkan dał ten zamęt

MAGISTER DICIT:

Miła Chmuro, racz wyjawić
Jaka przyszłość ma się zjawić
Straty ludzkie to miliony
Gniją nam tu sera tony
Zawieszona juz produkcja
Zbyt kosztowna ta obstrukcja

CHMURA RESPONDIT:

Wielce próżność moją łechcesz
O czym innym myśleć nie chcesz
Dam ci radę w tajemnicy
Schowaj sie tu do piwnicy
Tabun pyłu gorszy jest od ducha
To ja Chmura, ja kostucha!

MAGISTER DICIT:

Straszna Chmuro twoja mowa
Zalękniona jest ma głowa
Ale czy jest rozwiązanie
Bo usługi będą tanieć
Wieści słucha lud z anteny
Stoją na lotniskach biznesmeny

CHMURA RESPONDIT:

Nie trać czasu na gadaniu
Pomyśl lepiej o wyzwaniu
Rady nie da żaden pacież
Wulkan trzyma wszystko w łapie
Tak się pył po świecie niesie
Co przyniesie, sami wiecie

wtorek, 20 kwietnia 2010

Nie wierzcie filozofom vel pierwszy prawdziwy liberał

'Natomiast Hegezjasz z Cyreny z (IV-III w. p.n.e.) twierdził, iż dystans do spraw politycznych, rezygnacja z zaszczytów i przywilejów, nie gwarantuje wyzwolenia z trosk i utrapień, zatem nie zbliża do ideału uniwersalnego spokoju. Życie w społeczeństwie wiąże się na zawsze z pewną dozą cierpień i wyrzeczeń, z koniecznością godzenia się na prawa obowiązujące niezależnie od woli poddanych, jak również na rozliczne zasady moralne, zawierające cały katalog nakazów i zakazów. Hegezjasz doszedł do pewnej krańcowości treści twierdząc, iż prawdziwym wyzwoleniem i spokojem może być w ogóle rezygnacja z życia jako drogi najeżonej trudnościami i przeciwieństwami. Najbardziej zatem rozsądna postawa sprowadza się do samobójstwa i tym samym zagwarantowania sobie pełnego wyzwolenia.'

Nie piszą nic czy się zabił, czy tak tylko sobie filozofował.