sobota, 28 listopada 2009

"Taniec życia" o tańcu życia plus kilka spraw, nazwijmy je sobie, okołokulturowych (cz.I)

Fajną książkę właśnie se przeczytałem. Rzecz jest o tym, co od dłuższego już czasu próbuje się umniejszyć, przemilczeć czy jawnie temu zaprzeczyć. Wielu by chciało, aby o świecie w którym żyjemy opowiadał nam jedynie słuszny paradygmat: paradygmat „ludzkości” rozumianej jako coś w rodzaju jednorodnego ciała,  jednej wielkiej, kochającej się rodziny, w której... bla bla bla... Wiadomo o co chodzi, więc nie ma sensu ciągnąć wątku. Ktoś mógłby się obruszyć i zapytać z kwaśną miną: nie chcesz Kumanie, żeby tak było?! Otóż, mój przyjacielu – odparłbym nastrojony z lekka filozoficznie, w stylu Sokratesa (w wersji nacjonalistycznej: Żydów) – otóż nie chodzi o to co bym chciał, a czego nie. Kiedy próbuje się jakoś opisać ten nasz świat, to kategorie typu własne „chcenie” mogą tylko przeszkadzać. Stąd już krok do ideologii, a dalej waśni, wojen, płaczu kobiet, bo okazuje się, że rzeczywistość trzeba upychać kolanem. Tak więc, zostawmy przed drzwiami nasze życzenia, które nomen omen niejednokrotnie wynikają z ideologii właśnie. Ale to już zupełnie na marginesie.

Dlatego w tym przypadku powinniśmy pytać przede wszystkim: na ile to realne? Na ile to realne, aby można było wziąć Indianina Navaho na wycieczkę do Nowego Jorku, tak aby nie odczuwał tam dyskomfortu? Na ile na ile to realne, aby Amerykanin nie miał problemów z aklimatyzacją we francuskiej firmie? Na ile to realne, aby Afgańczycy pokochali demokrację i to jeszcze tą w ortodoksyjnej, zachodnioeuropejskiej wersji? To są te pytania na które odpowiedź może dopiero dać asumpt do działania, a których zbyt często w ogóle się nie stawia.

Dobra, wypadało by w końcu wspomnieć co żem takiego przeczytał. Ano chodzi o książkę Edwarda Halla „Taniec życia”. Nie jest to w sumie nic wielkiego, tak żeby każdy co to chce się uważać za ęteligenta musiał wykuwać na blachę. Nie jakaś filozofia, raczej rzecz popularno-naukowa, tyle, że skłania do głębszych przemyśleń. Halla znam, bo jeden z moich niegłupich wykładowców polecał nam go na zajęciach, tyle żem przeczytał akurat nie to co polecał.

Tak więc, Hall koncentruje się na kwestii czasu i jego postrzegania przez poszczególne kultury. Głębokość różnic może być zdumiewająca. W zasadzie okazuje się, że z tego czym dla nas danej kultury jest czas wynika prawie wszystko inne. Co ważne, nie można również mówić o jednorodności samego czasu: każda kultura, w różnym oczywiście stopniu posługuje się czasem sakralnym i świeckim, metafizycznym i fizycznym czy biologicznym, bądź zegarowym. Czas zegarowy to w ogóle przypadłość kultury zachodniej i tym właśnie czasem, którego rozumienie odziedziczyliśmy po Newtonie, posługujemy się najczęściej i najchętniej. Zaszczepia się w nas, aby jeść o ustalonych porach, z kolei np. japońska Zen uczy, że jeść należy wtedy, kiedy jest się głodnym. To są właśnie te różnice. Nasza kultura jest kulturą harmonogramów.

Z kolei niektóre grupy Indian w ogóle zegarów nie potrzebują i choć mogli by ich używać, nie robią tego. Navaho nie znają nawet czasu przyszłego, tak że w ich gramatyce języka nic takiego nie funkcjonuje. Kiedy mówiono im, że jak zrobią to i to, to dostaną to i to, nie byli w stanie tego pojąć, a kiedy obiecywano im coś za kilka lat, to całkiem byli już zdania, że biali ludzie im „dokuczają”. Choć chęci były nierzadko dobre. Znają za świetnie czas przeszły, potrafiąc nie reagować przez kilka albo i więcej lat i kiedy wszyscy już myślą, że zapomnieli, brutalnie się mścić. Zresztą Indianie w ogóle doskonale pamiętają przewiny białych, choć ci myślą często, że „to było tak dawno, że nie ma już znaczenia” i nie rozumieją niechęci do siebie.

Ciekawym i już dużo bliższym nam rozróżnieniem jest podział na czas monochroniczny i polichroniczny. Monochroniczni Europejczycy z Północy, oraz Amerykanie swoje sprawy z reguły załatwiają po kolei – kiedy załatwią jedną, zaczynają załatwiać drugą. Tak im (nam) lepiej, tak są (jesteśmy) przyzwyczajeni. Polichroniczni są przedstawiciele ludów południowych – od Hiszpanów i Włochów po południowych Amerykanów, a także Arabów i Turków, którzy działają wedle reguły „wszystko naraz”. Wyobraźmy sobie tutaj arabski targ, na którym załatwia się właściwie wszystkie niezbędne sprawy. Ci ludzie prawie nigdy nie są sami, czy to w domu, czy gdziekolwiek indziej. Utrzymują zażyłe kontakty z rodziną, nawet z dalekimi kuzynami, mają zawsze szerokie grono znajomych. Właściwie cały czas są ze sobą w interakcji. Kiedy Latynos nie może czegoś załatwić to znaczy, że nie ma znajomości, a co za tym idzie jest z nim coś nie tak. Turecki fryzjer zawsze obsłuży poza kolejnością swoją znajomą, by nie narazić na szwank osobistej relacji, natomiast harmonogram nie odgrywa dla niego większej roli. Naukowcy z Ameryki Łacińskiej niejednokrotnie zajmują się dziedzinami, które wydawać by się mogło nam, zupełnie do siebie nie przystają: nie jest tam niczym niezwykłym jednoczesne zainteresowanie literaturą, biznesem, medycyną i filozofią dajmy na to. Tych specyficznych różnic jest cała masa i nie ma oczywiście sensu starać się je tu wszystkie wymienić.

Co chyba ciekawe, samo zainteresowanie pojęciem czasu jest szczególną cechą naszej cywilizacji. Właściwie żadna inna niż europejska filozofia czasem nigdy się specjalnie nie interesowała. Grecy wybitnie osadzeni byli w teraźniejszości: dzieje pojmowali jako coś na kształt płaskodennej miski – szerokie, płaskie dno to teraźniejszość, a krótkie ściany to nie wybiegające daleko wstecz, ani wprzód przeszłość i przyszłość. Również nie byli w stanie planować na dłuższą metę. Nie potrafili pisać także historii, przynajmniej tak rozumianej jak my ja rozumiemy, czyli jako zapis dziejów poprzednich pokoleń, relacjonowany na podstawie dostępnych źródeł. Historycy greccy, jak np. Tukidydes relacjonowali tylko to co w czym sami brali udział i tylko to co odbyło się w niedalekiej przeszłości. Pisze o tym szeroko Spengler, choć Hall też o greckie poczucie czasu zahacza.

Tak więc, byt człowieka Zachodu nierozerwalnie związany jest z linearnym poczuciem czasu. Stąd pojęcie „postępu” w filozofii zachodniej. Postępu rozumianego jako prosta umocowana w miejscu, gdzie człowiek pojawia się na świecie i nieustannie wznosząca się wraz z upływem czasu (czasu w sensie fizycznym). Grecy pojmujący czas cyklicznie nie byliby w stanie podobnej koncepcji wypracować i rzeczywiście nic takiego się u nich nie pojawia.

Z linearnym postrzeganiem czasu mamy o tyle problem, że bardzo utrudnia nam to rozumienie choćby historii, którą przedstawia się właśnie jako liniowy szereg następujących po sobie wydarzeń. Tak więc mamy klasyczny podział na starożytność, średniowiecze i nowożytność, okraszony ideą postępu.. Po tej linii rzekomo (dumnie) kroczy człowiek (stale udoskonalając kształt świata). Jednak rzeczywistość nie uprawnia nas do tego, aby w ogóle mówić o czymś takim jak „historia powszechna”. Rozprawiać możemy jedynie o historii poszczególnych kultur, które rodziły się i upadały. Nijak tego na naszą zachodnią oś czasu nawlec się nie da. A już na pewno nie da się tego zrobić bez szkody wobec zrozumienia czym były owe kultury i co znaczył ich rozkwit i upadek. Dla porządku odnotujmy, że Spengler wyróżnił ich osiem - oprócz naszej, zachodniej (faustowskiej) były to: kultura apollińska  (Grecja i Rzym), magiczna (arabska), meksykańska, chińska, egipska, brahmińska (indyjska), babilońska i rosyjska. Każda była osobnym, autonomicznym wobec reszty zjawiskiem.

Problemem jest to, że przy próbie zrozumienia pozostałych przykładamy do pozostałych nasz sposób widzenia świata i usiłujemy je wprząc w nasz sposób postrzegania historii. W rzeczywistości były to zjawiska tak odmienne, wyrażające się od sposobu lepienia garnków, przez kształt chat i świątyń, obraz matematyki, sztuki, filozofii, religii kończąc na tym co przedstawiciele poszczególnych kultur widzieli patrząc na świat. W zasadzie to ostanie realizowało się we wszystkim wcześniejszym. Grecy, jako że rzeczywistość postrzegali jako zbiór pewnych całości nie byliby w stanie wyobrazić sobie ułamka (takiego jaki zna nasza matematyka). Nie mierzyli odległości pomiędzy poszczególnymi miastami. Ich sztuka objawiała się głównie w rzeźbie – przedstawieniu jakiejś całości. Taka całością było greckie polis, a Grecja była niczym innym jak suma tychże polis. Gdyby spytać starożytnego Greka, co jest między jednym, a drugim polis odpowiedział by prawdopodobnie, że nic tam nie ma, bo jego sposób widzenia świata zupełnie ignorował przestrzeń – coś co jest pomiędzy jedna rzeczą, a drugą.

Podobnych różnic jest ogrom, tak że nawet głupio  pisać o tym na blogu, bo i tak całe zagadnienie można co najwyżej jedynie punktowo oznaczyć. Zresztą samo opus magnum Spenglera to tylko zarys, a poruszone w nim wątki wymagałyby kontynuacji.

Trochę, żem się rozpisał – zniosło mnie na tematy, na które nie planowałem, że mnie zniesie, a tych o których myślałem, jeszcze nie poruszyłem. Tak więc, podzielimy sobie wpis na dwie części, z których druga część postaram się na czasie uzupełnić. Zatem...

c.d.n.

wtorek, 17 listopada 2009

Gabiś, tow. Tusk i kilka luźnych myśli

Chciałbym tu dzisiaj polecić pewien tekst. Nie tylko dlatego, że jest bardzo bliski temu co ostatnio myślę o świecie i całej tej rzeczywistości, w której żyjemy (bo choć to mój blog, to byłby to z pewnością jakiś rodzaj narcyzmu, a chciałbym, żeby nie był to tylko jeden z tych blogasków od, których ugina się dzisiaj sieć, a coś więcej), ale też dlatego, że wydaje mi się bardzo wartościowy, a przede wszystkim ważny, przynajmniej dla niektórych, którzy to być może przeczytają. Koresponduje też z tym co ostatnio napisałem i trochę to uzupełnia. Chodzi Manif(i)estę postkonserwatywną Tomasza Gabisia. Rzecz jest dość znana, jedni się z Gabisiem zgadzają, inni nie, jak to przeważnie w życiu bywa. Nie wklejam, żeby nie łamać praw autorskich, ani innych równie poważnie brzmiących rzeczy, a linkuje. Przyjemnej lektury!

http://www.tomaszgabis.pl/?p=93

* * *

Nie mogłem się powstrzymać, żeby tego tutaj nie wrzucić. Prawda, że cudne?



 Ostatnio spotkałem się z badaniami sondażowymi, z których wynikało, że suweren najbardziej ceni sobie Tuska z kolegami za politykę zagraniczną. Sam jestem przekonany, że sprawy zagraniczne to rzecz, która znajduje się obecnie w najgorszym stanie, a w widzeniu stosunków międzynarodowych mamy jako naród bardzo poważny problem. Jeśli Bóg pozwoli, postaram się o tym napisać w niedalekiej przyszłości. Na razie pocieszmy chwilę oczy obrazkiem!

niedziela, 15 listopada 2009

Razu pewnego, w małej izbie...

Anarcha siedzi przy stole ze Śmiercią. Przed chwilą wypili bruderszaft. Śmierć głaszcze Anarchę za uchem, ten jednak traktuje to obojętnie. Ale spogląda jej w oczy i się uśmiecha. Oboje wiedzą, że wszystkie zadania zostały już dawno rozdzielone.

Po podłodze biega chmara karzełków. Głośno krzyczą, ale mało kto ich rozumie. Próbują wbijać Śmierci pinezki w piętę. Śmierć delikatnie się uśmiecha. Co bardziej odważni karzełkowie krzyczą do Anarchy, żeby bił Śmierć po twarzy. Anarcha delikatnie się uśmiecha.

Karzełkom nie podoba się to, że Śmierć weszła do izby bez pukania. Anarcha nazywa ich anarchistami. Dla niego anarchistą jest  ktoś, kto idzie tą stroną ulicy, która gwarantuje, że zostanie przejechany. Anarcha wolałby, żeby zamiast histeryzowania napalili w piecu. Albo przynieśli jakiś napitek i podczas gdy Śmierć będzie ostrzyć kosę, napili się razem. Bo któż wie jak długo potrwa ostrzenie? Anarcha jest pewien, że w szafce z trunkami coś jeszcze pozostało.

Ale karzełkowie nie chcą nawet tego słuchać. Swoją wiedzę czerpią ze starych książek. Wiele z nich było bardzo grubych. Co poniektórzy z nich chcą nawet obrać spośród siebie króla, który miałby Śmierć przegonić! Anarcha parska śmiechem. Śmierć ostrzy kosę.

Anarcha wdał się ze Śmiercią w pogawędkę. Dopytuje się Śmierci o pracę i samopoczucie. Śmierć odpowiada. Poza tym żarty i anegdoty. Anarcha i Śmierć się śmieją. Anarcha jest zdania, że Śmierć byłaby dobrą znajomą. Kosa zaczyna błyszczeć w świetle latarni.

W pokoju są także karzełki, które śpią pod ścianą. W zasadzie mało o nich wiadomo poza tym, że są ich całe rzesze. Masa. Sami zresztą niewiele o sobie wiedzą, bo cały czas śnią. Śmierć ogląda ich szyje. Anarcha tłumaczy Śmierci, że śnią o stworzeniu raju na ziemi. Śmierć zauważa, że pycha śpiących karzełków słabo komponuje się z ich różowymi piżamkami. Anarcha i Śmierć uśmiechają się do siebie. Anarcha jest zdania, że Śmierć byłaby niezłą aforystką. W butelce z wiśniówką widać już dno.

Śmierć mówi do Anarchy, żeby posprzątał ze stołu. Anarcha zgadza się, że należy zostawiać po sobie porządek. Przez sen majaczą nieogoleni karzełkowie. Na podłodze leżą rozrzucone pinezki. Potykają się o nie ci, którzy je rozrzucili. Anarcha zwraca uwagę Śmierci, żeby wycierała ostrze. Słyszy jeszcze, że stal konieczności nigdy nie rdzewieje.

piątek, 13 listopada 2009

Oglądamy filmy

Nowo otwarty dział bloga Czarne/Białe... o dumnej nazwie Wydobyte Z Odmętów Sieci prezentuje dziś Państwu dwa krótkie filmy o tematyce historycznej. Miejmy nadzieję, że materiały przypadną Czytelnikowi do gustu, a redakcja zasypana zostanie mejlami z prośbami o "jeszcze"!

Straż honorowa Wehrmachtu przed grobem Józefa Piłsudskiego



600 dezerterów z 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki

środa, 11 listopada 2009

O barbarzyństwie

Od czasów Arystotelesa wiemy, że człowiek ze swej natury jest istotą polityczną, a więc żyje – czy tego chce czy nie – w obrębie konkretnej wspólnoty politycznej. Tej Arystoteles przeciwstawił barbarzyństwo. Barbarzyńcami byli wszyscy ci, którzy nie potrafili posługiwać się greką, ergo: nie byli w stanie brać udziału w życiu publicznym.

Wszelkie postulowanie uwolnienia jednostki od ograniczeń życia we wspólnocie będzie zatem wiązać się z barbaryzacją.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że stawia to dzisiejszy liberalizm we właściwym mu świetle.

niedziela, 25 października 2009

O słuszności i prawach

Świat to wielość praw. Świat to rzeczywistość w której te prawa są bezustannie ze sobą konfrontowane. Każde prawo rości sobie pretensje do swojej słuszności, czyli wyższości nad prawami odmiennymi. Są prawa narodów i prawa internacjonalistów, prawicowców i lewaków, prawa hodowców ziemniaków i tych, którzy je potem kupują, bądź prawa tygrysów, które pożerają antylopy i prawa tychże, które starają się im uciec. W życiu nie chodzi o słuszność tych praw. Wszystkie są tak samo słuszne. Są słuszne, dlatego bo są czyjeś. Junger stwierdził kiedyś (sorry, będzie w przybliżeniu, bo nie pamiętam dokładnie), że każda żmija ma prawo pokąsać, ale wobec tego człowiek ma prawo rozgnieść jej głowę. Są to żelazne zasady, które żądzą światem przyrodniczym.

Dzisiaj próbuje się nam wmówić, że wynaleziono coś, co te prawa ma ze sobą godzić. Głosi się choćby, że powszechna tolerancja ma to zadanie zrealizować. Jest to pogląd oczywiście słuszny. Tyle, że oczywiście tylko w obrębie jego samego i dla tych którzy tak uważają. Mają prawo tak twierdzić. Ale jest to prawo tak samo apodyktyczne jak każde inne: jest wycelowane choćby w prawo tych, którzy uważają, że nie wszystko jest warte tolerowania i na pewno nie tylko przez sam fakt tego, że istnieje. Taka tolerancja jest tak nietolerancyjna jak to czemu się sprzeciwia. Nie chce już tu wchodzić w rozważania typu na ile ta tolerancja jest dzisiaj prawdziwa we własnym obrębie, ani co dla mnie to słowo mogło by znaczyć (możliwe, że kiedyś przyjdzie na to czas), bo to zupełnie inne kwestie. Są to rozważania na poziomie tej teoretyczności, która jest głoszona. Z pewnością nie jest ona jakimś „nadpoglądem”, pudełkiem na poglądy, jest tylko jednym poglądem z wielu. Jednym prawem z pośród wielości innych.

Tak samo rzecz się ma z prawami narodów. O ile te narody rzeczywiście istnieją, w sensie: są żywotne, świadome samych siebie, a tym samym swoich praw. Niemcy oczywiście mają pełne prawo pociągnąć sobie rurę pod Bałtykiem, my za to mamy swoje prawo do protestowania przeciw temu. Oba prawa mają tą samą słuszność. Nasze protesty są o tyle prawdziwe, że są nasze, nie są prawdziwe w sposób powszechny, choć mamy pełne prawo twierdzić, że tak jest. Po to oczywiście, żeby walczyć z ich prawem. Tych praw nie da się ze sobą pogodzić, co najwyżej któreś z państw może zrezygnować ze swojego, bądź mogą spotkać się w pół drogi, ale to i będzie rezygnacją, tyle, że częściową.

Każdy naród ma również prawo do własnej interpretacji historii. Nasze jej postrzeganie może się różnić od postrzegania Niemców czy Rosjan. W moim przekonaniu tworzenie wspólnych podręczników do historii, czy to polsko-niemieckich, czy niemiecko-francuskich, bądź jakichkolwiek innych to zupełne nieporozumienie. Powszechna historia będzie historią niczyją, a więc nieprawdziwą. Tego typu rzeczy możliwe są do przeprowadzenia tylko wtedy, gdy przynajmniej jedna ze stron rezygnuje po części z siebie samej, co niewątpliwie jest skutkiem osłabienia żywotności i tracenia poczucia szczególności. A każda szczególność to wszakże określone prawo.

Tak samo myślał Spengler, kiedy pisał, że marksizm to po prostu kapitalizm robotników. Tym w rzeczywistości był – roszczeniem jednego partykularyzmu wobec innych. Wszelka powszechność jest możliwa tylko wtedy gdy partykularyzmu, które ma spajać gwałtownie słabną. Te powszechności, które dzisiaj się nam proponuje mogą odbyć się tylko kosztem tego co szczególne. Negowanie tego to mydlenie oczu frazesami. Warto o tym pamiętać kiedy na wolnym rynku praw stawia się na to jedno.

Dlatego ta powszechność nigdy nie będzie prawdziwą otwartością. Prawdziwa otwartość to nie postawa, która od tego co odmienne wymaga rezygnacji ze swoich szczególnych przymiotów. Jasnym powinno być, że to musi być pewnego rodzaju zamach. Prawdziwa otwartość to stwierdzenie: „Bądź jaki jesteś” wraz ze wszystkimi konsekwencjami jakie w obliczu tego mogą cię spotkać. Także z mojej strony.

sobota, 24 października 2009

Nicolás Gómez Dávila w pętach politycznej poprawności

Z politycznej poprawności wszyscy (czy tam prawie wszyscy) zdajemy sobie doskonale sprawę. Wiemy co i kiedy można powiedzieć, czego nie, by nie skazać się mainstreamowy ostracyzm. Jednak ta rzeczywista złowrogość politycznej poprawności jawi się nam dopiero w świetle konkretnych faktów. Wcześniej możemy sobie dyskutować o niej, psioczyć na nią, jednak swe ostrze obnaża dopiero wobec rzeczywistych wydarzeń.

Sam takie szturchnięcie od rzeczywistości otrzymałem ostatnio. Chodzi o sprawę Nicolása Gómeza Dávili i traktowaniu jego postaci na Zachodzie. W Polsce – jak się okazuje – nie jest z tym wcale jeszcze źle: o Gómezie można rozmawiać, można pisać, uniwersytety organizują konferencję poświęcone jego twórczości. Jednak na Zachodzie sprawa ta ma się już zupełnie inaczej. Okazuje się bowiem, że Gómez Dávila pada tam pada tam ofiarą pałkarzy, którzy decydują co powiedzieć można, a czego już nie. Terroryzujące życie publiczne lewackie bojówki sprawiły, że monopol na pisanie o nim trafił w ręce lewicy, co skutkuje tym, że w powszechnej opinii jest on uważany za niepoważnego, znudzonego – tak, tak – faszystę.

Jest to zasadnicza różnica miedzy pojmowaniem Gómeza przez nas w Polsce, oraz przez środowiska intelektualne, nawet te konserwatywne na Zachodzie: my możemy z postawą, którą wybrał „samotnik z Bogoty” często nie zgadzać, niektórzy mogą nie zgadzać się z jego poglądem, jednak jest on traktowany zupełnie poważnie – w sensie: nikt w miarę przytomny nie powie, że Kolumbijczyk robił sobie jakieś jaja, pisząc to, co pisał. W Europie takich rzeczy mówić już nie wypada. Żeby nie być gołosłownym, posłużę się tu przykładem książki pewnego Niemca, Tilla Kinzla o tytule tłumaczonym na język polski jako „Nicolás Gómez Dávila. Stronnik przegranych spraw”.

Nicolás Gómez Dávila jawi się w niej jako demoliberał, zgrymaszony postmodernista i niepoważny prowokator próbujący zwrócić na siebie uwagę. Ta interpretacja oczywiście jest tak zła, że nawet głupio z nią polemizować. Tylko z czego ona wynika? Ano najprawdopodobniej właśnie z tego, że w Niemczech o rzeczonym pisarzu inaczej pisać już nie można. Jest jeszcze oczywiście wspomniany schemat „faszystowski”, tyle, że służyć może jedynie co bardziej radykalnym grupom. Chcąc jednak coś przemycić do publicznego dyskursu na temat Gómeza Dávili, trzeba opatrzyć to „odpowiednim” komentarzem.

Jest to teza dr Krzysztofa Urbanka. Dr Urbanek, skądinąd wielce sympatyczny człowiek, wykonuje w tej chwili mozolną, mrówczą pracę tłumacząc scholia kolumbijskiego myśliciela dla polskiego czytelnika. Wydane zostały już dwa tomy „Następnych scholiów do tekstu implicite”, w kolejce czekają kolejne dwa. Próbki można posmakować tutaj.

Ale wróćmy do głównego wątku i postrzegania Gómeza w innych krajach europejskich. Swoją wiedzę na ten temat czerpie właśnie od dr Urbanka, który szeroko opowiadał o tym na konferencji zorganizowanej w Krakowie przez jego wydawnictwo Furta Sacra oraz mój wydział uczelniany. O Gómezie na zachodnich uniwersytetach nie można już w zasadzie poważnie rozmawiać. Naprawdę, bardzo źle to rokuje na przyszłość. Gardło publicznego dyskursu staje się coraz węższe i tej wolności o której wszyscy naokoło mówią jest w rzeczywistości coraz mniej. Warto, żeby co poniektórzy zdali sobie z tego sprawę.

Cóż tu jeszcze dodać? Ano dodać wypadałoby jedną rzecz, w sumie kluczową. Bo nie chodzi o to, żeby definiować problemy, tylko żeby je zwalczać. Tyle, że ja tego nie wiem. Pół biedy, gdybym ja tego nie wiedział, a wiedział to ktoś inny. Ale tak niestety tez chyba nie jest. To zjawisko jest jak kula śnieżna – wraz z tym jak się toczy, staje się coraz większa. Widzimy jak naszych oczach triumfy święci Gramsci i jego „marsz przez instytucje”. Mało rzeczy tak dobrze wyszło lewactwu jak akurat to. Wielu z nich nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, ale za to ci którzy sobie ją zdają – nie sposób tu pominąć tej całej bandy wokół „Krytyki Politycznej” – próbują robić w Polsce dokładnie to samo.

Pocieszające jest to, że mimo wszystko jest jednak sporo ludzi, w tym wielu młodych, którzy z tego niebezpieczeństwa zdają obie sprawę. Nie jest jeszcze tak źle jak mogło by to wyglądać. Chodzi tu o moje osobiste obserwacje: wśród tej przytomniejszej politycznie części młodzieży mamy do czynienia z czymś, co można by bezpretensjonalnie nazwać swoistą mini-modą na konserwatyzm. Zobaczymy – być może wyniknie kiedyś z tego coś więcej. Na razie jednak mamy ten promyk nadziei i przekonanie, że łatwo zamknąć w intelektualnej klatce się nie damy.

poniedziałek, 14 września 2009

Przemoc, polityka, liberalizm i jeszcze zdrowy rozsądek

Gadam se właśnie na Salonie z liberałem Ezekielem. No i gadamy se o czymś takim jak przemoc. Ezekiel wystukał tekst o tejże przemocy i w dodatku wmieszał we wszystko katolików. Ale to co wydało mi się wiele mówiące to zdanie, które przeczytałem w jego komentarzu pod wpisem, a brzmi ono tak: „Wynika z tego, że uważają ten sposób wychowania za dobry. Z tego wynika, że przemoc fizyczna ich nie brzydzi.” No powiedzcie, że esencja liberalizmu, nie? Mieszczanina i nowoczesnego intelektualisty – jak w mordę strzelił – można chyba ładnie zapakować i wysłać do Sevres jako wzorzec liberalizmu, może się przyda jakiejś przyszłej cywilizacji. Nie napisał, że przemoc może się nie podobać czy że uznaje ją za złą (zresztą co jest złe dla postmodernisty? Czy nazywanie czegoś złem lub dobrem to nie faszystowski totalitaryzm? - ale to tak na marginesie), ale że właśnie „brzydzi”.

Nie chce się już niehumanitarnie pastwić nad humanistą Ezekielem, trochę sobie już pofolgowałem w komentarzach, ale wydaje mi się, że normalny, nie zaczadzony ideologią człowiek przemocą brzydzić się nie może.

Zróbmy taki eksperyment myślowy: ja i Ezekiel (czy tam inny liberał) zostajemy zamknięci sami w pustym pokoju. Zamyka nas pewien Ktoś, który mówi, że mamy się dogadać co do przyszłej władzy w naszym państwie – jego to nie interesuje jak i co postanowimy, chce po prostu, żeby za 3 godziny mu ktoś z nas, albo oboje zakomunikował kto i w jaki sposób będzie rządził. Idziemy do pokoju oczywiście razem ze swoimi „ideologiami” – z tym co uważamy na temat tego jak powinna wyglądać polityka, sprawowanie władzy, miejsce w tym wszystkim szarego człowieka. Czyli Ezekiel ze swoim demoliberalizmem, przekonaniem o nadrzędności „przyrodzonych i uniwersalnych praw człowieka” ponad wszystko inne, pacyfizmem i wiarą w to, że każda decyzja polityczna powinna być oparta na consensusie, a nie wywierana za pomocą siły. Ja, załóżmy, uważam odwrotnie.

No i co? Zasuwa żelaznych, dwustukilogramowych drzwi się zatrzaskuje, zostają tylko cztery gołe ściany, ja, Ezekiel, nasze poglądy i decyzja co do wizji przyszłej – powiedzmy - Wolnej Polski. Czyli dwie skrajne postawy i konieczność wyboru którejś. Tak więc mamy Drogi Czytelniku do czynienia z POLITYKĄ – tak jest – gołą, obraną ze wzniosłych przemówień, artykułów prasowych, abstrakcyjnych teorii naukowych i skupiających intelektualistów międzynarodowych kongresów „cośtam” zalecających, sprowadzoną do swej istoty polityką.

Jak łatwo się domyślić Ezekiel będzie chciał postulować słuszność swoich poglądów, tłumacząc mi z przymrużonymi oczami, że przecież obowiązują „przyrodzone i niezbywalne prawa człowieka” – „także w tym pokoju” – zdawał by się uderzać w tego typu tony. „Z nich wynika wolność słowa, powszechne prawo do głosowania i demokracja!” – przekonywał by mnie pewnie liberalną nowomową, choć o ile miałby odrobinę oleju w głowie, zaczynał by dostrzegać, że w naszym zamkniętym na cztery spusty pokoju to tylko i wyłącznie czcze gadanie, zwłaszcza jeśli widziałby brak entuzjazmu na mojej twarzy. Tu już oczywiście dobijamy do kluczowej kwestii jaka miała się wyłonić z tej (alegorycznej) historyjki, a brzmi ona tak: CZY MNIE TO DO CHOLERY MUSI OBCHODZIĆ co Ezekiel wykoncypował sobie w swojej główce? To nie jest tak, że my to mamy ustalić – to ma zostać ustalone. Bo co zmieni jeśli Ezekielowi złamię rękę, albo nawet uduszę go w tym pokoju sznurówką i zapukam do drzwi z wiadomością, że decyzja jest już podjęta? No nic nie zmieni!

Myślę, że po takim doświadczeniu Ezekiel zrozumiał by, że całe te jego „prawa człowieka”, pacyfizm i w ogóle cała ideologia jest tyle co gówno warta o ile nie jest poparta rzeczywistą siłą. Ten pokój to alegoria – można się w nim znaleźć wchodząc do ciemnej uliczki; jesteśmy w nim również cały czas kiedy żyjemy na tej planecie. System z którym mamy do czynienia obecnie nie jest oparty na żadnych wolnościach obywatelskich , prawach człowieka czy innych ideologiach, lecz funkcjonuje tylko i wyłącznie za pomocą aparatu przymusu. Nie ma znaczenia kto ma rację – znaczenie ma to, kto ma siłę by tą rację udowodnić. Pacyfiści mogą gadać w kółko, że brzydzą się przemocą, ale nie rozumieją tego, że tak właśnie mogą robić, bo zapewnia im tą możliwość nic innego jak właśnie przemoc.

Cała nędza pacyfistycznych społeczeństw to właśnie to, że nie przychodzi im do głowy rzecz taka, że sąsiadującego z nimi społeczeństwa może to absolutnie nic nie obchodzić. Jeśli chcą rzeczywiście ten pacyfizm sobie wyznawać, to muszą mieć aparat przemocy, który im go w razie czego obroni. Inaczej są jak małe dzieci, które całymi dniami mogą się bawić i beztrosko łapać na łące motyle, ale tylko dlatego, że rodzice w tym samym momencie zarabiają pieniądze w pracy.

Na tym najwyższym poziomie polityki, do którego żadna ideologia, ani teoria nie jest w stanie sięgnąć, o wszystkim decyduje tępa siła wymierzona w inną tępą siłę. Koniec końców do tego i tak się kiedyś musi sprowadzić. Co by na ten temat nie wykoncypowali sobie lewicowi utopiści.