niedziela, 7 marca 2010

Haitańskie wypadki, czyli po co komu państwo

„Rzeczpospolita” donosi o dalszej gehennie na Haiti. Sytuacja tam wciąż jest bardzo zła: ludzie nie mają gdzie mieszkać, brakuje żywności i wody pitnej, po wyspie grasują przestępcy i zwykli mordercy. Zresztą wydarzenia te dość żywo opisywane są także przez pozostałe media, nie widzę więc potrzeby, żeby powielać te informacje. Wydaje mi się za to, że warto zwrócić uwagę na nieco inny wymiar haitańskiej tragedii, który dotychczas nie zafunkcjonował w tym, co piszę się o sytuacji na wyspie.

Mianowicie, na Haiti upadło państwo. Upadło całkowicie. W jednej chwili, razem z budynkami, mostami i drogami zawalił się na Haiti system sprawowania władzy. Przestały być wykonywane podstawowe funkcje do których powołane jest państwo: egzekwowanie prawa, zabezpieczanie porządku społecznego, zarządzanie publicznymi sprawami, o takich rzeczach jak świadczenie opieki medycznej, dostarczanie choćby energii elektrycznej do domów czy świadczenie edukacji nawet nie wspominając. Rozpadły się instytucje państwowe, policja wojsko, administracja publiczna. Na karaibskiej wyspie zapanował hobbesowki „stan natury”.

Żeby nie owijać w bawełnę i nie silić się na uczone dysertacje: Haiti powinno być osikowym kołkiem wbitym w serce anarchizmu. Pewnie by było, gdyby lewica brała rzeczywistość na serio i wyciągała z niej jakieś wnioski. Haiti pokazuje jak słabe są wszelkie abstrakcyjne konstrukty w konfrontacji z twardą materią rzeczywistości. Pryska tu jak bańka mydlana cała lewicowa antropologia, podpierana koncepcjami Rousseau, zakładającymi, że człowiek jest z natury dobry, a całe zło na świecie pojawiło się wraz z nastaniem opresywnego państwa. Widzimy gdzie Hobbes, a gdzie Rousseau.

Brak państwa to coś strasznego. Wiedzą już o tym Haitańczycy. Człowiek potrzebuje reżimu, bo wyrwie dziecku ostatnią butelkę z wodą, albo okradnie sąsiada z tego, na co pracował całymi latami. Nie każdy, ale do tego, aby z ziemi uczynić piekło wystarczy niewielki procent. Na Haiti obudziły się pierwotne instynkty, których nie da się po prostu zagadać, jakby chcieli to zrobić niektórzy.

Utopijność anarchizmu ma też drugi wymiar – może on zaistnieć, ale tylko na krótko. Jak wiadomo na wyspie wylądowali Amerykanie. Wylądowali, żeby nieść pomoc, zaprowadzić porządek, podnieść z gruzów kraj. Zapewne tak się stanie, spora pomoc została już przecież Haitańczykom udzielona, z pewnością ta amerykańska wizyta wyjdzie wyspie na dobre, tyle, że, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, sprawa nie jest tak prosta, jak wynikałoby to z oficjalnych komunikatów dla agencji prasowych.

Warto zwrócić uwagę na reakcję Francji, która przecież przeciw amerykańskiej tzw. akcji humanitarnej protestowała. Zrobił się międzynarodowy cyrk z przedstawieniem pt. Kto bardziej przestrzega praw człowieka i kto bardziej pomoże Haiti? Francuzi żądni wypełniania ludzkich praw protestowali wobec uniemożliwiania im tego przez Amerykanów. Można uznać, że to po prostu tak szlachetny naród, iż gotów jest wszczynać międzynarodowe awantury, po to, by móc nieść pomoc potrzebującym, albo – trochę mniej idealistycznie i chyba co nieco obrazoburczo – że po prostu w tym niesieniu pomocy jest jakiś interes.

Trochę to co prawda potrwa, ale koniec końców państwo haitańskie i jego gospodarka zostaną poskręcane na nowo i postawione na nogi. Dopomogą w tym Amerykanie. Chodzi natomiast o to, że do amerykańskich śrubek powkręcanych na Haiti będą pasować tylko amerykańskie śrubokręty. Amerykanie już zapowiedzieli,  że ich obecność potrwa co najmniej kilka lat. Śmiem jednak twierdzić, że dłużej, oraz, że wyspa zyska wcale niezłą bazę wojskową.

Nie mam tego Amerykanom za złe i nie mam zamiaru psioczyć tu na „amerykański imperializm” i tego typu rzeczy. Takie są prawidła geopolityki. Upadek wyspiarskiego państwa wytworzył polityczną próżnię, która musiała zostać przez kogoś zapełniona. Albo własne państwo albo obcy zarząd. Tertium non datur. Zresztą Haitańczycy i tak wyjdą na tym na dobre, bo po komu przecież niepodległe państwo, jak nie ma co jeść, ani gdzie spać? Gdyby natomiast ONZ miałaby to wszystko realizować, dopiero teraz pewnie płynęłyby na Haiti pierwsze kontenery. Jeśli przesadzam to z pewnością niewiele.

Upadek Haiti ujawnił nam kilka elementarnych zasad rządzących polityczną rzeczywistością. Na chwile ukazała się cała ta maszyneria i sprężyny wprawiające w ruch polityczne figury, na co dzień skrywane pod liberalistycznymi frazesami.

wtorek, 2 marca 2010

Znowu Jünger, tym razem "Promieniowania".

"(...) Skończyłem: 'Les Bagnes' Maurice'a Alhoya, Paryż 1845, z ilustracjami. Starzy więźniowie uznawali przestepcę za coś więcej niż tylko złoczyńcę; nie podchodzili do niego z wyobrażeniami spoza jego sfery. W rezultacie żyło mu się ciężej, ale też naturalniej i mocniej niż w naszych dzisiejszych więzieniach. We wszystkich szablonowych teoriach poprawy, we wszystkich zakładach mających służyć higienie społecznej czai się szczególny rodzaj zesłania, szczególne okrucieństwo. Prawdziwa niedola jest głęboka, jest substancjonalna i tak samo zło stanowi składnik bytu, wewnętrznej natury; nie wolno tego purytańsko pomijać. Można dzikie zwierzęta umieścić za kratami, ale niepodobna przyzwyczaić je do kalafiorów; trzeba dawać im mięso. Można uznać, że Francuzowi brakuje purytańskiego instynktu wychowawczego, jaki zauważa się u Anglików, Amerykanów, Szwajacarów i wielu Niemców: w jego koloniach, na jego statkach, w jego więzieniach sprawy biegną bardziej naturalnie. On wiele rzeczy pozostawia swojemu biegowi, a to zawsze jest przyjemne. Dochodzi tu jeszcze wytykany mu niedbały stosunek do higieny; a mimo to u niego mieszka się, sypia i jada o wiele lepiej niż w krajach wysoce zdezynfekowanych. (...)"

Aseptyka duszy, aseptyka ciała. Samopoczucie współczesnego człowieka musi być jak podłoga w siedzibie międzynarodowej firmy korporacyjnej - niedopuszczalne są żadne plamy, ani smugi. Im nowocześniej, im większy kapitał, im ambitniejszy business plan, tym uśmiech musi być szerszy. Dla tych, którzy mają z tym problem - psycholog. Mentalny sprzątacz. Chodzi o to, żeby nie dać nic po sobie poznać.

Te czyste podłogi, czyste ręce, czyste umysły to ten sam skostniały duch, oglądany z różnych stron. Jego szczególne natężenie występuje na sali zabiegowej, gdzie specjalista-ginekolog wyciąga szczypcami najpierw nóżkę, potem rączkę, nastepnie całą resztę. Stuprocentowy profesjonalizm. Gumowe rękawiczki, biały fartuch, sterylna sala. Wszystko zostało starannie zaplanowane, nie może być żadnych przypadków. Dzisiejsze problemy po prostu się dezynfekuje.

sobota, 13 lutego 2010

Kolejny bezwstydny atak. Tym razem...


-         My tu uwijamy się jak w ukropie, każdego dnia robimy wszystko co się tylko da, a ta zaraza wciska się nam jak woda przez worki z piaskiem w czasie powodzi... Kurwa! I to jeszcze ulubiony serial tych dur... znaczy się lemi... to jest obywateli! Nieeee... Wysłać tam w tej chwili samochód od nas! Niech zrobią oględziny, zabezpieczą wszystko co jest nie tak, docisną kolanem kogo trzeba. Może tego tam być więcej. Jak coś znajdą, niech szybko dają do nas – będzie na poniedziałek rano!
          
 * * *

-         Myślisz, że on też?
-         Cholera, nie wiem! Przyjedziemy, zobaczymy i się okaże. Kto wie, tego teraz wszędzie pełno Stary tez mógł na starość przyfiksować... Albo wcześniej już taki był, tylko się dobrze kitrał?
-         Wiesz, moja żona mówi mi ostatnio, że przez ta pracę jestem na tym punkcie trochę przewrażliwiony...
-         Gada głupoty. Nie zdaje sobie sprawy jak głębokie jest to bagno. To są naprawdę niebezpieczni ludzie.
-         Szef często powtarza, że chorzy...
-         Chorzy, nie chorzy. Ważne, że my mamy zrobić z nimi porządek. W ogóle co cie tak wzięło na myślenie? Płacą ci za to? Jak żona będzie następnym razem naigrywać się z ciebie to powiedz jej, że to my w tym kraju bronimy państwa prawa, praw człowieka...
-         ...demokracji....
-         Tak jest, demokracji, i robimy to po to, żeby tacy jak ona – zwykli szarzy ludzie mogli spać spokojnie i nie musieli oglądać na oczy tamtych oszołomów.
-         No tak, to szlachetny cel.
-         Podobał mi się ten pomysł z odbieraniem im dowodów. Hehe. Tacy ludzie nie mogą mieć zbyt wiele praw.
-         W branży mówią o nas, że często łamiemy standardy. Nie wspominając już o takich rzeczach jak etyka dzie...
-         Kurwa, Wojtek, wiem, że jesteś świeżo po studiach i pewnych rzeczy jeszcze nie rozumiesz albo nie jesteś przyzwyczajony, ale zastanów się dobrze: to co robimy to przecież swego rodzaju walka, a walce chodzi o to, żeby ją wygrać, a nie o żadne standardy – tak czy nie?
-         Chyba tak...
-         Jasne, że jest to teatrzyk dla gawiedzi, która i tak niewiele z tego rozumie, ale taki jest już ten kraj. Idealizm jest jak krótkie spodenki – w końcu się z tego wyrasta. Ty też mógłbyś to już zrobić. Żeby trochę rozweselić atmosferę: „Strażnika Texasu” oglądałeś?
-         Każdy chyba oglądał!
-         No właśnie. To wiesz ile razy musiał on złamać prawo, żeby dorwać tych bandytów. Ile przypadkowych pysków obić, żeby wreszcie wtłuc temu właściwemu. Tak sobie to tłumacz. Albo przykład żywcem z historii – Lenin. Myślisz, że o co chodziło z tym całym NEP-em? Stalin też, żeby uszczęśliwić lud, połowę z niego musiał wywieść do łagrów. Mao z kolei...
-         Nie wiem czy trochę się nie zapędzasz...
-         Cholera, bo za dużo pytań zadajesz. Po co prostować rzeczy, które są proste? Najważniejsze, że z resztą chłopaków dalej trzymamy to wszystko za mordę. Dojechaliśmy.

* * *

-         Hahaha, widziałeś jaką minę mieli, jak powiedzieliśmy, że jesteśmy z „Wyborczej”?
-         Nooo... Ta scenarzystka naprawdę była przestraszona...
-         To pomyłka rekwizytora! Wyciągniemy konsekwencje! Hahaha! Aż mi się żal zrobiło kobieciny. Ale niech oszołomstwo wie, że za każdym razem jesteśmy tylko o krok za nimi.
-         Ten Twój ogień pytań... Jestem naprawdę pod wrażeniem.
-         Wiesz Wojtek, wszyscy mi to mówią, że powinienem być policjantem. Ale ty tez się o nic nie martw – niedługo też się wyrobisz.


* * *

Bonmot geopolityczny

ONZ nie jest obuchem za pomocą którego ubija się świnię. Jest raczej hakiem na którym się ją wiesza.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Jünger jak witaminy

Uzupełniam poświąteczny niedobór radykalizmu i podczytuję sobie znowu weimarską publicystykę Jüngera. Dla garstki czytelników tego bloga jeden z fragmentów:

"(...) Tej podwalinie życia, z której wyrasta, duch jest wdzięczny, wyrażając istotę tej podwaliny. Duch odwraca się tylko tam od życia, gdzie jest ono pęknięte w sobie, miałkie i słabe. Gdy nie odczuwa mocnych powiązań, porzuca życie i wznieca bunt przeciw konieczności, przeciw woli losu. Ten niezwiązany duch, intelekt, nie uznaje tego co szczególne, próbuje to wszystko sprowadzić do jednego mianownika, zmienić w mierzalne wielkości i chodliwe towary. Wyszydza wielkie symbole, rozkłada je swą abstrakcyjnością. Łudzi się bezgranicznością na skutek niwelacji wszystkich granic. Łatwo mu przychodzi być sprawiedliwym, bowiem nie musi ani bronić, ani nadawać żadnych szczególnych wartości. Z nierzeczywistych, coraz to cieńszych warstw uzurpuje sobie władzę i określanie życia, za co życie wywiera straszliwą, śmiertelną zemstę. 

W świecie niezwiązanego ducha, organiczny obraz świata zmienia się w mechaniczny. Kultura staje się cywilizacją. Wspólnoty losu stają się przypadkowym nagromadzeniem ludzi, masami, w najlepszym przypadku grupami interesów. Ojczyzny stają się komunikacyjną przeszkodą. Tak zwana arystokracja ducha albo pracownicy umysłowi, armia najbardziej dynamicznych i pozbawionych sumienia mózgów, pracuje nad rozkładem wiary, nad tanim ironizowaniem heroizmu i podkopaniem wszelkiej godności ludzkiej. Podczas, gdy negowane jest to co szczególne, to co dzieli i łączy jednostkę, akceptuje się do ostatecznych konsekwencji indywiduum, bezsensowną, fizykalną cząstęczkę masy, głoszone są jej prawa na rogach wszystkich ulic: rozprzestrzenia się zachłanny indywidualizm prostujący ścieżki nihilizmowi. Rozum jest wszystkim, charakter niczym. Sztuka staje się kwestią intelektu i literatury, wyrazem przemijającej mody, bez korzeni, bez sił żywotnych, bez własnego profilu. Praca staje sie produkcją, wszystkie więzi międzyludzkie nabierają coraz wyraźniej charakteru układów prawnych. Nauka wyjaśnia za pomocą mechanistycznych formuł wszystko, co tajemnicze i cudowne w życiu, a moralność tchórzów i kanalii uznaje za nieobyczajność wszystko, co bezpośrednie, potężne i niebezpieczne w tym życiu. (...)"

"O Duchu" (Vom Geiste), 1927


(Choć na dobrą sprawę, żadnego radykalizmu tu akurat w sumie nie ma. Chyba, że już całkiem nie jestem na bieżąco.)

niedziela, 20 grudnia 2009

Carl Schmitt a globalne ocieplenie

Ciekawe rzeczy dzieją się na naszych oczach. O ile popatrzeć na nie z odpowiedniej perspektywy.

Zacznijmy od Carla Schmitta i jego pojęcia polityczności. Czym jest polityczność, bo wbrew pozorom nie jest to sprawa prosta? Schmitt definiuje ją na podstawie jednego, fundamentalnego założenia. Dla lepszego zrozumienia posłużmy się tu analogią. Gdyby chcieć w ten sposób, tj. za pomocą tego typu rozróżnienia zdefiniować moralność, było by to rozróżnienie na dobro i zło, w przypadku estetyki na piękno i brzydotę czy jak to się ma w odniesieniu do ekonomii – na zysk i stratę. W przypadku polityczności będzie to rozróżnienie na przyjaciela i wroga.

W tym sensie wszystkie działania polityczne koncentrują się wokół tej właśnie osi. Każde państwo jest tak zorganizowane, aby mogło skutecznie rywalizować z innymi państwami. Wszystkie wewnętrzne sprawy, w mniejszym czy większym stopniu są ułożone w ten sposób, aby zapewnić siłę państwa, tak aby mogło ono skutecznie walczyć o swój interes. Tak samo jest w przypadku partii politycznych, które są emanacją konkretnych interesów czy innych grup ludzkich organizujących się na sposób polityczny. Rozróżnienie na przyjaciela i wroga jest „punktem obrotowym” polityki.

Zastrzec należy w tym miejscu, że wróg nie jest tu kimś kogo trzeba nienawidzić, kto wzbudza odrazę czy kto jest zły w sensie moralnym. Wrogiem jest ten kogo interesy są odmienne, w wyniku czego następuje jakaś forma rywalizacji, która w skrajnych przypadkach może doprowadzić do walki. Właśnie ta realność konfrontacji nieustannie towarzyszy polityce. Tam gdzie nie ma żadnych różnic, nie będzie polityki.

Tyle w sumie z teorii. Nie mam tu zamiaru wykładać Schmitta – kogo to interesuje, niech sam po to sięgnie –  charakterystyka ta natomiast potrzebna nam będzie do zrozumienia tego o czym chciałem napisać, zaczynając ten tekst.

Tak więc, jak już zostało powiedziane, z polityką mamy do czynienia tam, gdzie występują jakieś różnice. W toku historii mieliśmy zatem do czynienia z „polityką międzynarodową”, którą konstytuowały naturalne różnice interesów pomiędzy poszczególnymi narodami. Narody koncentrowały się i organizowały wokół rozróżnienia na przyjaciela i wroga. Jest tak oczywiście w dalszym stopniu, bo te różnice są czymś realnym i dopóki narody będą miały żywotny charakter, dopóty tak będzie. Nawet w dobie organizacji międzynarodowych i wszelkich międzypaństwowych związków pozostają one faktem, sprawiając, że te nie są jednorodnymi organizmami, jak by chcieli niektórzy, a w znacznym stopniu stanowią tylko płaszczyznę rywalizacji. Tak jest choćby w przypadku Unii Europejskiej, która wydaje się być w znacznym stopniu po prostu strukturą wyznaczającą reguły europejskiej konkurencji, zaś w stopniu nader znikomym „międzynarodową rodziną”, jakby tego chcieli różni idealiści.

Ale wróćmy do meritum. Wraz z epoką oświecenia pojawił się termin „ludzkość”. Ludzkość nie jako suma jednostek gatunku ludzkiego, ale ludzkość jako jednorodna zbiorowość, maszerująca poprzez epoki – ludzkość jako podmiot historii. Tego typu myślenie cały czas przybiera na sile. Jednak czy owa „ludzkość” może mieć polityczny charakter? Oczywiście nie, bo nie ma przecież drugiej „ludzkości”, z którą ta pierwsza mogła by walczyć. Ludzkość na ziemi nigdy nie będzie miała wrogów, tak więc nigdy nie będzie mogła prowadzić polityki.

Jednak mimo tego faktu, podejmuje się działania, aby to zmienić. Aby ludzkość miała polityczny charakter, musi mieć wroga. Jej globalna specyfika wymaga globalnego wroga. Tym wrogiem staje się globalne ocieplenie.

Globalne ocieplenie wypełnia w ten sposób oczywistą lukę. Można wreszcie z kimś walczyć, wokół czegoś się skoncentrować, zintegrować swoje działania i powołać w tym celu właściwe im globalne instytucje. W ogóle jest to wróg wymarzony – można wzmagać swoją zaciekłość i nasilać działania, będąc pewnym, że i tak nie odda. No po prostu walczyć, nie umierać!

Globalne ocieplenie jest czymś najbardziej poręcznym. Choć walczy się także z innymi rzeczami – z globalnym terroryzmem czy z tymi którzy łamią „prawa człowieka”. W ogóle pojawiła się ostatnio tendencja w interpretowaniu tych ostatnich, mówiąca o tym, że „prawa człowieka” nie przysługują tym, którzy ich nie przestrzegają. Wcześniej posiadał je każdy, bo nie można było ich utracić. Ale pozbawiając ich pewnych grup, pojawia się możliwość walki o nie. Przeciwnik jest dehumanizowany, odbiera musi właściwie miano „człowieka” – jest wrogiem „ludzkości”. Pod takimi hasłami prowadzi się dzisiejsze wojny. Są to wojny „w imieniu ludzkości”.

Zgrozą może napawać konstatacja, że jest to właściwie początek. W sumie chyba tylko przygrywka do tego co może się dziać w przyszłości. A może być naprawdę i śmieszno, i straszno. Bo na przykład może się kiedyś okazać, że będziemy musieli podjąć wspólne działania, łącząc się w bohaterskiej walce z kosmitami – nieprzejednanymi wrogami „ludzkości” czy z innymi wrogimi mocami, które ciężko sobie teraz nawet wyobrazić. Bo opuszczając kulę ziemską ogranicza nas już przecież tylko wyobraźnia. Schmittowi jej chyba zabrakło.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Dwie koncepcje państwa i władzy politycznej. O różnicach między PiS i PO

Co rusz pojawiają się głosy, że wszystkie partie polityczne głównego nurtu w Polsce zasadniczo się od siebie nie różnią. W skrajnych przypadkach mowa jest o rzekomej „bandzie czworga”, w obrębie której to próżno szukać czynników warunkujących ich odmienność. Jednak – powiedzmy sobie to już na wstępie – jest to sposób myślenia nie dość, że wybitnie płytki, to jeszcze nieprawdziwy. W rzeczywistości mamy do czynienia ze ścieraniem się dwóch zasadniczych koncepcji i wizji tego czym ma być władza polityczna i jak ma wyglądać kierowanie państwem. Są to koncepcje Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska.

Omówmy je (w dość sporym skrócie) zatem.

Sednem myśli politycznej Jarosława Kaczyńskiego jest budowa tzw. Ośrodka Dyspozycji Politycznej. Sam prezes PiS wielokrotnie o nim wspominał. Chodzi o wyszczególnienie miejsca koncentracji władzy, które generowałoby najważniejsze decyzje w prowadzeniu polityki państwa. Jego cechy to:

1) spójność personalna – miała by to być wąska, bardzo zaufana i znająca się nawzajem grupa ludzi,
2) spójność programowa – jedna linia programowa,
3) względna izolacja – oderwanie decydowania politycznego od nacisków otoczenia, decyzje nie są funkcją nastrojów społecznych, wpływu grup interesu, ani nie wychodzą naprzeciw różnorakim kampaniom medialnym, wcześniej następuje podjęcie decyzji, a dopiero potem jej uzasadnienie na forum opinii publicznej, inaczej rzecz ujmując: władza działa w imię szeroko rozumianej racji stanu,
4) przewaga informacyjna – budowanie własnych, niezależnych kanałów informacyjnych i wykorzystywanie ich przy decydowaniu, ośrodek władzy musi wiedzieć „jak jest naprawdę”,
5) zdolność wywoływania skutków politycznych – najważniejsza cecha ODP, której podporządkowane są właściwie wszystkie inne, jej celem prowadzenie aktywnej polityki i samodzielne kreowanie rzeczywistości.

Model ten bliski jest zatem systemowi westminsterskiemu. Warunki, które muszą zaistnieć, aby system ten mógł zafunkcjonować to:

- silny i stabilny rząd, najlepiej jednopartyjny,
- szefem rządu jest szef rządzącej partii, którego pozycja zarówno w rządzie jak i partii jest niekwestionowana, pożądany jest też własny marszałek, jak i w pełni lojalny szef klubu - umożliwia to sytuację, w której parlament jest w zupełności kontrolowany przez rząd,
- warunek hegemonii strukturalnej – ośrodek rządzący jest najistotniejszym ośrodkiem władzy w państwie, zachodzi potrzeba ograniczenia znaczenia innych ośrodków, jak np. ograniczenie autonomiczności Trybunału Konstytucyjnego (imposybilizm prawny), również nieufność wobec samorządów, szczególnie samorządu terytorialnego, co stanowi część projektu centralizacyjnego,
- warunek kontroli informacji – wspomniane wyżej własne kanały informacji muszą działać w sposób sprawny i niezakłócony, co umożliwi oddzielenie PR od decydowania,
- posiadanie sprawnej administracji - „sprężysta administracja”, która jest w stanie sprawnie wdrażać w życie decyzje polityczne.

Zasadniczo odmienna jest koncepcja Donalda Tuska. Jest to model tzw. „republiki zaufania”. Samo słowo „zaufanie” padło z ust obecnego premiera wielokrotnie już w trakcie expose, co bynajmniej nie było, jak mogło się wydawać pustym słowotokiem, ale miało swój głębszy sens i uzasadnienie. Cechy tego modelu to:

1) rozproszenie władzy – podział odpowiedzialności, samorządność – słowem: decentralizacja,
2) rola rządu to pośrednictwo w agregacji interesów – rząd nie jest odbiorcą żądań, lecz tylko płaszczyzną negocjacji, jako taki „własne” interesy formułuje w sposób bardzo ograniczony i niesamodzielny – wynika to wprost z doktryny liberalnej,
3) wizerunek jest częścią decydowania politycznego – decyzje są wtórne co do wyników badań opinii publicznej,
4) psychopolityka – władza jest odpowiedzialna za psychiczny dobrostan obywateli, jest czynnikiem uspokajającym, kojącym wobec społeczeństwa,
5) niepełna samodzielność – suwerenność jest dzielona i przekazywana na rzecz innych ośrodków (w górę, bądź w dół), przekonanie, że takie są obecne wymogi i należy im się poddać, aby utrzymać się w głównym nurcie,
6) ekonomizacja polityki – argument ekonomiczny staje się argumentem ostatecznym, z którym się nie dyskutuje, jeśli coś jest nieopłacalne to tym samym jest niecelowe, polityka jest jedynie funkcja ekonomii,
7) juwenilizm – kult bycia młodym, sprawnym, „fajnym” – wiadomo ;-)

Podobnie jak w przypadku pierwszej z omawianych koncepcji, do urzeczywistnienia tej musi zajść szereg warunków:

- warunek sieciowości – państwo musi być przejrzystą siecią współpracy,
- warunek stabilności otoczenia – brak napięć społecznych, te które się pojawiają muszą być wyciszane, nie mogą ich wywoływać decyzje polityczne,
- warunek samoczynności – administracja działa samodzielnie,
- warunek „wysokości przelotowej” – państwo osiągnęło właściwą wysokość, zarówno w stosunkach międzynarodowych, gdzie pozycja i rola Polski dobiła do pożądanego poziomu, jak i w polityce wewnętrznej, w której państwo jest już „tym, czym ma być”,
- warunek medialny – wykorzystywanie w polityce mediów i media, które się temu poddają.

Jest to oczywiście ujęcie dosyć skrótowe i stricte politologiczne, jednak wydaje mi się zrozumiałe i pozwalające zrekonstruować obie wizje, które sformułowały dwa główne dzisiaj obozy polityczne. Jak widać są to koncepcję głęboko od siebie odmienne i dające zupełnie inne możliwości decydowania politycznego, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i w zagranicznej.

To co również ważne, to to, że obie okazały się nierealistyczne. Koncepcja Kaczyńskiego  poniosła porażkę głównie dlatego, bo niemożliwe dzisiaj okazało się wspomniane wyizolowanie ośrodka władzy. Nie miała także szans ze względu na słabość narzędzi, przede wszystkim administracyjnych. Tak samo Polska nie jest na żadnej „wysokości przelotowej”, a system biurokratyczny toczy szereg chorób. Tusk widzi dzisiaj, że jego koncepcja poniosła porażkę – i co ciekawe – wchodzi w buty Kaczyńskiego. Następuje zamiana ról. Stąd likwidacja niezależności NIK-u, IPN-u czy TVP, które idą na pierwszy ogień.

poniedziałek, 30 listopada 2009

"Taniec życia" o tańcu życia... (cz. II)

Temat rozwinęliśmy sobie ostatnio, więc bez zbędnych wstępów pójdźmy dalej.

Krążyliśmy trochę wokół filozofii, wspomniane zostało, że szczególną cechą filozofii zachodniej jest choćby głębokie zainteresowanie pojęciem czasu, co odróżnia to zajęcie od wszystkich innych odpowiedników w pozostałych kulturach. Tych różnić jest jednak znacznie więcej. W zasadzie zupełnie co innego sobie wyobrażamy wspominając o filozofii, niż wyobrażają sobie np. ludzie kultur wschodnich. Nasza filozofia to teoretyczna spekulacja, od kilku już wieków zupełnie abstrakcyjna. Jest czysto analityczna, świadoma, prowadzi do systemów teoretycznych i dogmatów. Nie wiąże się z religią czy życiem codziennym, Filozofujemy bo „szukamy prawdy”, lub „sensu życia”. Na Wschodzie filozofia jest życiem. Ciężko jest nam określić czy buddyzm, bądź konfucjanizm to religie, systemy filozoficzne czy nauczanie jak żyć, by żyło się dobrze. W zasadzie są każdą z tych rzeczy, przynajmniej tak chyba powinniśmy je interpretować, by zrozumieć o co naszym przyjaciołom ze Wschodu chodzi. Oni tego nie muszą robić – wiedzą to podświadomie, za to pewnie pukają się w czoło, jak słyszą po co my filozofujemy, czy nawet filozofujemy, bo jak widać, kiedy rozmawiamy o różnicach kulturowych staje się filozofia pojęciem względnym.

Różnice między Zachodem, a Wschodem wydają mi się wielce ciekawe. Na Wschodzie unika się słów. Japończycy, kiedy się porozumiewają rzadko mówią coś wprost, przeważnie odnoszą się do szerszego kontekstu, zakładając, że rozmówca ma pewien zasób wiedzy własnej i domyśli się tego, czego się od niego oczekuje, żeby się domyślał. Nasza filozofia to opasłe księgi, za przykład wschodniej nie posłużą jednozdaniowe buddyjskie koany.

Zachód to także personalizm, któremu można przeciwstawić wschodni kolektywizm. Świetnie widać to kiedy zacznie się porównywać sztukę obu kultur. My mamy ego – artysta jest indywidualnością, tworzy, by być sławnym, podziwianym, by otrzymać poklask. Kiedy osiąga sukcesy mówi się, że ma talent, a kiedy mu się to nie udaje stwierdza się, że brakło mu talentu. Japończyk zawsze stwierdzi, że nie był wystarczająco konsekwentny i zdyscyplinowany, że nie włożył dostatecznej ilości pracy w to co robił. Talent w tym sposobie myślenia nie odgrywa większej roli. Podobnie jak w przypadku filozofii, nasza sztuka jest w pewien sposób wydzielona z życia, toczy się jakby w oderwaniu od niego, zupełnie niezależnie. Na Wschodzie jest medytacją – częścią życia, a tworzenie przebiega równocześnie z kontemplacją.

Zresztą widać to także patrząc na inne dziedziny. Wschodnie sztuki walki to coś znacznie więcej niż dawanie sobie po twarzy, tylko – wiadomo – także filozofia i postawa życiowa. Nieraz widzimy jak ktoś u nas zaczyna trenować karate czy kung-fu, ale szybko przerywa, bo „kazali mu robić wdechy i wydechy, a on przecież chciał się tylko nauczyć jak bić ludzi”.

OK, zostawmy już ten Wschód, choć to temat niezmiernie interesujący, ale inne wydają się też nie gorsze. Coś co mnie ubodło jak czytałem Halla to uwagi co do tego jak postrzegane jest państwo w Europie kontynentalnej, a jak w tradycji anglosaskiej. W zasadzie było to dokładnie to samo co pisał Spengler, choć Hall Spenglera raczej nie zna, w paru miejscach zresztą w ogóle jest względem niego „heterodoksyjny”. Chodzi o rozróżnienie na centralną pozycję państwa jak to jest w przypadku europejskich systemów politycznych i niecentralną czy wręcz opozycyjną względem społeczeństwa - tak to sobie na razie nazwijmy – jak sprawa się ma u Anglosasów.

Spengler pisał, że a Wielkiej Brytanii nie ma państwa, jakby to dziwacznie nie brzmiało. Wlk. Brytania jest wyspą, więc państwa w sensie kontynentalnym nigdy nie  potrzebowała. Nie potrzebowała go, bo jako, że ma naturalne granice, nie musiała stale się „zbierać do kupy”, że tak to brzydko określę, a jej odrębność zabezpieczało morze.

Krystalizowały się tam za to grupy interesu, które – głównie na własny, wewnątrzbrytyjski użytek wypracowały sobie mechanizm rządu, jako czegoś co kieruje sprawami wewnętrznymi. Ale już nie życiem obywateli, którzy uważali się za niezależnych i niezawisłych wobec interesu tegoż rządu. Anglikom chodziło tylko o bogacenie się i robienie własnych interesów. Zawsze byli narodem kupców i żeglarzy. Interes rządu był o tyle ważny, o ile umożliwiał interesy jednostkowe. Mamy tu zatem chroniczną opozycję rządobywatele.

Zupełnie inaczej sprawa się ma na kontynencie. Tu musiało powstać silne, scentralizowane państwo, które miało przede wszystkim zabezpieczać granicę i trzymać w ryzach podległe mu terytorium., wraz z poddanymi, którzy je zasiedlali. Ludwik XIV mawiał: Państwo to ja, Fryderyk Wielki w ten sam sposób powtarzał: Jestem pierwszym sługą swojego państwa, co często przytacza Spengler. Francuzi czy Prusacy zawsze głęboko poczuwali się do lojalności wobec własnego państwa, po dziś dzień bardzo dużo im z tego zostało, co widać choćby po ich zachowaniu, kiedy przebywają na obczyźnie. Brytyjczycy, a także Amerykanie mobilizują się dopiero w momencie zagrożenia.

Dlatego liberalizm mógł wyrosnąć tylko na Wyspach. Będąc ideologią kupców i handlarzy  jest na wskroś brytyjski. Geszefciarz zawsze będzie postrzegał państwo jako zagrożenie, bo w imię jakiś swoich własnych (wspólnotowych) interesów może położyć rękę na jego kramie. Choć z drugiej strony będzie je akceptował w takiej wersji, która umożliwi, że mu ten kram prawnie zabezpieczy przed tymi, którzy chcieli by coś z niego zabrać, na przykład metodą gwałtu.

Te różnice świetnie są widoczne, kiedy spojrzy się na Francję czy Niemcy – choćby te dzisiejsze. To, że są to systemy zdecydowanie bardziej socjalne niż ich anglosascy odpowiednicy nie jest przypadkowe. Sami po Niemcach odziedziczyliśmy choćby bismarckowski system ubezpieczeń, oparty na „solidarności pokoleń”, a po Francuzach scentralizowany do bólu system edukacji, choć liberalna ortodoksja nakazywałaby, aby zarówno ubezpieczenia, jak i szkolnictwo były prywatne i nieprzymusowe.

Francuskie państwo jest tak władne, że uchwala prawa podatkowego, które działa wstecz. Jest zatem w stanie cofać czas! (Cholera, czy to nie jest dopiero faszyzm?! Korwin ma chyba jednak sporo racji, kiedy głosi, że żyjemy w faszystowskiej Europie). Hall opisuje reakcje amerykańskich przedsiębiorców we Francji na tego typu praktyki francuskiego państwa. Ci ludzie nie byli w stanie pojąć, że coś takiego można w ogóle zrobić. Z kolei na Francuzach nie wywierało to większego wrażenia.

Swoją drogą spróbujmy sobie wyobrazić rzecz taką jak na przykład narodowy socjalizm w Wielkiej Brytanii. Czy coś podobnego miało kiedykolwiek choćby cień szansy, aby powstać na Wyspach? No ja nie mogę tego sobie wyobrazić, nie wiem jak Wy? Istniała przez pewien czas partia faszystowska z sir Mosleyem na przedzie, ale rzecz wydaje mi się egzotyczna do samych granic znaczenia tego pojęcia.

Tak samo powinny być u nas traktowane różne pochodne liberalizmu z anarchokapitalizmem na czele. Bo czy, biorąc pod uwagę to w jakim miejscu na mapie Europy się znajdujemy, można – sorry - coś równie głupiego jak anarchokapitalizm głosić? A tego typu rzeczy nas dzisiaj zalewają.

Każda idea poczęta w naszej zachodniej kulturze ma w sobie pewien dynamizujący ładunek, który nakazuje jej rozprzestrzeniać się we wszystkie strony. Jesteśmy ludźmi, którzy jeśli w cos uwierzą, przekonują do tego całe swoje otoczenie. Jesteśmy przeświadczeni, że jeśli w coś wierzymy to jest to jedynie dobre i jedynie słuszne, tak więc uważamy, że powinni w to uwierzyć także inni. I zupełnie nieważne jest to czy ma to być ktoś z naszego bliskiego otoczenia, czy człowiek z drugiej półkuli. Spengler nazywał to socjalizmem naszej kultury. W tym sposobie myślenia biorą swój początek wszystkie misje nawróceniowe Zachodu. Kiedyś były to krucjaty i szerzenie chrześcijaństwa, dziś niesiemy kolorowym ludom demokrację i prawa człowieka. Dzięki temu mechanizmowi cywilizacja zachodnia opanowała już właściwie cały świat.

Do tego dochodzi zachodnie przekonanie, że kultura jest jak wierzchnie okrycie – można je ściągać, przymierzać, zakładać nowe - a nie coś, co przenika nas na wskroś. Hall dzieli kulturę na dwa poziomy: pierwszy – fundamentalny – jest ukryty, nieuświadomiony, nie jesteśmy w stanie go dostrzec, bo żyjemy nim na co dzień. Różnice będą stawać się widoczne jedynie wobec innych kultur. Jest to „gramatyka kultury” – można by ją nazwać kulturą właściwą.

Poziom, który jesteśmy w stanie zaobserwować to świadoma i jawna część kultury – jest manifestacją poziomu właściwego i objawia się w zwyczajach, sposobie ubierania czy systemach politycznych, bądź religijnych. Zachodni umysł jest przekonany, że jeśli pozmienia elementy na tym poziomie, dokona przeobrażenia całej kultury. Że „ucywilizuje”.

Osobiście jestem jak najdalszy od „uszczęśliwiania” kogokolwiek, tym bardziej jeśli robi się to wbrew woli tego kogoś. Takie sytuację obserwujemy nieustannie, wystarczy spojrzeć z kogo robi się debili i psychopatów, tylko dlatego, że nie chcą żyć na nasz zachodni sposób. Osobna sprawa to to, że już od dawna usiłujemy innym zaszczepiać przede wszystkim nasze cywilizacyjne choroby.

Wyciągnijmy zatem z tego wszystkiego jakieś wnioski, coby to pisanie i wyciąganie na powierzchnie tych wszystkich różnic, cech szczególnych i sprzeczności, nie było daremne. A więc, czy w ogóle można mówić o czymś takim jak „świat”? Czy nie jest to wyłącznie li tylko suma różnych światów? Czy istnieje coś takiego jak „ludzkość” czy tylko mamy prawo mówić o poszczególnych kulturach, rasach i narodach i to jeszcze kulturach, rasach, narodach konkretnego czasu i okresu – no właśnie czego – „historii”? Czy możliwe jest napisanie „historii świata”? Czy nie będzie ona tylko historią jednego, konkretnego sposobu myślenia? Dzisiaj już mało kto stawia tego typu pytania. Taszczy się do nas różne pomysły, częstokroć zupełnie nam obce i mówi, że mamy brać i dziękować. Robią to ci, którzy piszą kolejne dysertacje na temat „powszechnych praw człowieka”, ale także często ci, którzy głoszą, że są po przeciwnej stronie. Przekonany jestem, że nie istnieje żadna uniwersalna koncepcja prawicowa. A to co powinniśmy robić to odnosić się tylko i wyłącznie do konkretnych sytuacji, zdarzeń i społeczeństw. Innych po prostu nie ma.