niedziela, 25 października 2009

O słuszności i prawach

Świat to wielość praw. Świat to rzeczywistość w której te prawa są bezustannie ze sobą konfrontowane. Każde prawo rości sobie pretensje do swojej słuszności, czyli wyższości nad prawami odmiennymi. Są prawa narodów i prawa internacjonalistów, prawicowców i lewaków, prawa hodowców ziemniaków i tych, którzy je potem kupują, bądź prawa tygrysów, które pożerają antylopy i prawa tychże, które starają się im uciec. W życiu nie chodzi o słuszność tych praw. Wszystkie są tak samo słuszne. Są słuszne, dlatego bo są czyjeś. Junger stwierdził kiedyś (sorry, będzie w przybliżeniu, bo nie pamiętam dokładnie), że każda żmija ma prawo pokąsać, ale wobec tego człowiek ma prawo rozgnieść jej głowę. Są to żelazne zasady, które żądzą światem przyrodniczym.

Dzisiaj próbuje się nam wmówić, że wynaleziono coś, co te prawa ma ze sobą godzić. Głosi się choćby, że powszechna tolerancja ma to zadanie zrealizować. Jest to pogląd oczywiście słuszny. Tyle, że oczywiście tylko w obrębie jego samego i dla tych którzy tak uważają. Mają prawo tak twierdzić. Ale jest to prawo tak samo apodyktyczne jak każde inne: jest wycelowane choćby w prawo tych, którzy uważają, że nie wszystko jest warte tolerowania i na pewno nie tylko przez sam fakt tego, że istnieje. Taka tolerancja jest tak nietolerancyjna jak to czemu się sprzeciwia. Nie chce już tu wchodzić w rozważania typu na ile ta tolerancja jest dzisiaj prawdziwa we własnym obrębie, ani co dla mnie to słowo mogło by znaczyć (możliwe, że kiedyś przyjdzie na to czas), bo to zupełnie inne kwestie. Są to rozważania na poziomie tej teoretyczności, która jest głoszona. Z pewnością nie jest ona jakimś „nadpoglądem”, pudełkiem na poglądy, jest tylko jednym poglądem z wielu. Jednym prawem z pośród wielości innych.

Tak samo rzecz się ma z prawami narodów. O ile te narody rzeczywiście istnieją, w sensie: są żywotne, świadome samych siebie, a tym samym swoich praw. Niemcy oczywiście mają pełne prawo pociągnąć sobie rurę pod Bałtykiem, my za to mamy swoje prawo do protestowania przeciw temu. Oba prawa mają tą samą słuszność. Nasze protesty są o tyle prawdziwe, że są nasze, nie są prawdziwe w sposób powszechny, choć mamy pełne prawo twierdzić, że tak jest. Po to oczywiście, żeby walczyć z ich prawem. Tych praw nie da się ze sobą pogodzić, co najwyżej któreś z państw może zrezygnować ze swojego, bądź mogą spotkać się w pół drogi, ale to i będzie rezygnacją, tyle, że częściową.

Każdy naród ma również prawo do własnej interpretacji historii. Nasze jej postrzeganie może się różnić od postrzegania Niemców czy Rosjan. W moim przekonaniu tworzenie wspólnych podręczników do historii, czy to polsko-niemieckich, czy niemiecko-francuskich, bądź jakichkolwiek innych to zupełne nieporozumienie. Powszechna historia będzie historią niczyją, a więc nieprawdziwą. Tego typu rzeczy możliwe są do przeprowadzenia tylko wtedy, gdy przynajmniej jedna ze stron rezygnuje po części z siebie samej, co niewątpliwie jest skutkiem osłabienia żywotności i tracenia poczucia szczególności. A każda szczególność to wszakże określone prawo.

Tak samo myślał Spengler, kiedy pisał, że marksizm to po prostu kapitalizm robotników. Tym w rzeczywistości był – roszczeniem jednego partykularyzmu wobec innych. Wszelka powszechność jest możliwa tylko wtedy gdy partykularyzmu, które ma spajać gwałtownie słabną. Te powszechności, które dzisiaj się nam proponuje mogą odbyć się tylko kosztem tego co szczególne. Negowanie tego to mydlenie oczu frazesami. Warto o tym pamiętać kiedy na wolnym rynku praw stawia się na to jedno.

Dlatego ta powszechność nigdy nie będzie prawdziwą otwartością. Prawdziwa otwartość to nie postawa, która od tego co odmienne wymaga rezygnacji ze swoich szczególnych przymiotów. Jasnym powinno być, że to musi być pewnego rodzaju zamach. Prawdziwa otwartość to stwierdzenie: „Bądź jaki jesteś” wraz ze wszystkimi konsekwencjami jakie w obliczu tego mogą cię spotkać. Także z mojej strony.

sobota, 24 października 2009

Nicolás Gómez Dávila w pętach politycznej poprawności

Z politycznej poprawności wszyscy (czy tam prawie wszyscy) zdajemy sobie doskonale sprawę. Wiemy co i kiedy można powiedzieć, czego nie, by nie skazać się mainstreamowy ostracyzm. Jednak ta rzeczywista złowrogość politycznej poprawności jawi się nam dopiero w świetle konkretnych faktów. Wcześniej możemy sobie dyskutować o niej, psioczyć na nią, jednak swe ostrze obnaża dopiero wobec rzeczywistych wydarzeń.

Sam takie szturchnięcie od rzeczywistości otrzymałem ostatnio. Chodzi o sprawę Nicolása Gómeza Dávili i traktowaniu jego postaci na Zachodzie. W Polsce – jak się okazuje – nie jest z tym wcale jeszcze źle: o Gómezie można rozmawiać, można pisać, uniwersytety organizują konferencję poświęcone jego twórczości. Jednak na Zachodzie sprawa ta ma się już zupełnie inaczej. Okazuje się bowiem, że Gómez Dávila pada tam pada tam ofiarą pałkarzy, którzy decydują co powiedzieć można, a czego już nie. Terroryzujące życie publiczne lewackie bojówki sprawiły, że monopol na pisanie o nim trafił w ręce lewicy, co skutkuje tym, że w powszechnej opinii jest on uważany za niepoważnego, znudzonego – tak, tak – faszystę.

Jest to zasadnicza różnica miedzy pojmowaniem Gómeza przez nas w Polsce, oraz przez środowiska intelektualne, nawet te konserwatywne na Zachodzie: my możemy z postawą, którą wybrał „samotnik z Bogoty” często nie zgadzać, niektórzy mogą nie zgadzać się z jego poglądem, jednak jest on traktowany zupełnie poważnie – w sensie: nikt w miarę przytomny nie powie, że Kolumbijczyk robił sobie jakieś jaja, pisząc to, co pisał. W Europie takich rzeczy mówić już nie wypada. Żeby nie być gołosłownym, posłużę się tu przykładem książki pewnego Niemca, Tilla Kinzla o tytule tłumaczonym na język polski jako „Nicolás Gómez Dávila. Stronnik przegranych spraw”.

Nicolás Gómez Dávila jawi się w niej jako demoliberał, zgrymaszony postmodernista i niepoważny prowokator próbujący zwrócić na siebie uwagę. Ta interpretacja oczywiście jest tak zła, że nawet głupio z nią polemizować. Tylko z czego ona wynika? Ano najprawdopodobniej właśnie z tego, że w Niemczech o rzeczonym pisarzu inaczej pisać już nie można. Jest jeszcze oczywiście wspomniany schemat „faszystowski”, tyle, że służyć może jedynie co bardziej radykalnym grupom. Chcąc jednak coś przemycić do publicznego dyskursu na temat Gómeza Dávili, trzeba opatrzyć to „odpowiednim” komentarzem.

Jest to teza dr Krzysztofa Urbanka. Dr Urbanek, skądinąd wielce sympatyczny człowiek, wykonuje w tej chwili mozolną, mrówczą pracę tłumacząc scholia kolumbijskiego myśliciela dla polskiego czytelnika. Wydane zostały już dwa tomy „Następnych scholiów do tekstu implicite”, w kolejce czekają kolejne dwa. Próbki można posmakować tutaj.

Ale wróćmy do głównego wątku i postrzegania Gómeza w innych krajach europejskich. Swoją wiedzę na ten temat czerpie właśnie od dr Urbanka, który szeroko opowiadał o tym na konferencji zorganizowanej w Krakowie przez jego wydawnictwo Furta Sacra oraz mój wydział uczelniany. O Gómezie na zachodnich uniwersytetach nie można już w zasadzie poważnie rozmawiać. Naprawdę, bardzo źle to rokuje na przyszłość. Gardło publicznego dyskursu staje się coraz węższe i tej wolności o której wszyscy naokoło mówią jest w rzeczywistości coraz mniej. Warto, żeby co poniektórzy zdali sobie z tego sprawę.

Cóż tu jeszcze dodać? Ano dodać wypadałoby jedną rzecz, w sumie kluczową. Bo nie chodzi o to, żeby definiować problemy, tylko żeby je zwalczać. Tyle, że ja tego nie wiem. Pół biedy, gdybym ja tego nie wiedział, a wiedział to ktoś inny. Ale tak niestety tez chyba nie jest. To zjawisko jest jak kula śnieżna – wraz z tym jak się toczy, staje się coraz większa. Widzimy jak naszych oczach triumfy święci Gramsci i jego „marsz przez instytucje”. Mało rzeczy tak dobrze wyszło lewactwu jak akurat to. Wielu z nich nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, ale za to ci którzy sobie ją zdają – nie sposób tu pominąć tej całej bandy wokół „Krytyki Politycznej” – próbują robić w Polsce dokładnie to samo.

Pocieszające jest to, że mimo wszystko jest jednak sporo ludzi, w tym wielu młodych, którzy z tego niebezpieczeństwa zdają obie sprawę. Nie jest jeszcze tak źle jak mogło by to wyglądać. Chodzi tu o moje osobiste obserwacje: wśród tej przytomniejszej politycznie części młodzieży mamy do czynienia z czymś, co można by bezpretensjonalnie nazwać swoistą mini-modą na konserwatyzm. Zobaczymy – być może wyniknie kiedyś z tego coś więcej. Na razie jednak mamy ten promyk nadziei i przekonanie, że łatwo zamknąć w intelektualnej klatce się nie damy.

poniedziałek, 14 września 2009

Przemoc, polityka, liberalizm i jeszcze zdrowy rozsądek

Gadam se właśnie na Salonie z liberałem Ezekielem. No i gadamy se o czymś takim jak przemoc. Ezekiel wystukał tekst o tejże przemocy i w dodatku wmieszał we wszystko katolików. Ale to co wydało mi się wiele mówiące to zdanie, które przeczytałem w jego komentarzu pod wpisem, a brzmi ono tak: „Wynika z tego, że uważają ten sposób wychowania za dobry. Z tego wynika, że przemoc fizyczna ich nie brzydzi.” No powiedzcie, że esencja liberalizmu, nie? Mieszczanina i nowoczesnego intelektualisty – jak w mordę strzelił – można chyba ładnie zapakować i wysłać do Sevres jako wzorzec liberalizmu, może się przyda jakiejś przyszłej cywilizacji. Nie napisał, że przemoc może się nie podobać czy że uznaje ją za złą (zresztą co jest złe dla postmodernisty? Czy nazywanie czegoś złem lub dobrem to nie faszystowski totalitaryzm? - ale to tak na marginesie), ale że właśnie „brzydzi”.

Nie chce się już niehumanitarnie pastwić nad humanistą Ezekielem, trochę sobie już pofolgowałem w komentarzach, ale wydaje mi się, że normalny, nie zaczadzony ideologią człowiek przemocą brzydzić się nie może.

Zróbmy taki eksperyment myślowy: ja i Ezekiel (czy tam inny liberał) zostajemy zamknięci sami w pustym pokoju. Zamyka nas pewien Ktoś, który mówi, że mamy się dogadać co do przyszłej władzy w naszym państwie – jego to nie interesuje jak i co postanowimy, chce po prostu, żeby za 3 godziny mu ktoś z nas, albo oboje zakomunikował kto i w jaki sposób będzie rządził. Idziemy do pokoju oczywiście razem ze swoimi „ideologiami” – z tym co uważamy na temat tego jak powinna wyglądać polityka, sprawowanie władzy, miejsce w tym wszystkim szarego człowieka. Czyli Ezekiel ze swoim demoliberalizmem, przekonaniem o nadrzędności „przyrodzonych i uniwersalnych praw człowieka” ponad wszystko inne, pacyfizmem i wiarą w to, że każda decyzja polityczna powinna być oparta na consensusie, a nie wywierana za pomocą siły. Ja, załóżmy, uważam odwrotnie.

No i co? Zasuwa żelaznych, dwustukilogramowych drzwi się zatrzaskuje, zostają tylko cztery gołe ściany, ja, Ezekiel, nasze poglądy i decyzja co do wizji przyszłej – powiedzmy - Wolnej Polski. Czyli dwie skrajne postawy i konieczność wyboru którejś. Tak więc mamy Drogi Czytelniku do czynienia z POLITYKĄ – tak jest – gołą, obraną ze wzniosłych przemówień, artykułów prasowych, abstrakcyjnych teorii naukowych i skupiających intelektualistów międzynarodowych kongresów „cośtam” zalecających, sprowadzoną do swej istoty polityką.

Jak łatwo się domyślić Ezekiel będzie chciał postulować słuszność swoich poglądów, tłumacząc mi z przymrużonymi oczami, że przecież obowiązują „przyrodzone i niezbywalne prawa człowieka” – „także w tym pokoju” – zdawał by się uderzać w tego typu tony. „Z nich wynika wolność słowa, powszechne prawo do głosowania i demokracja!” – przekonywał by mnie pewnie liberalną nowomową, choć o ile miałby odrobinę oleju w głowie, zaczynał by dostrzegać, że w naszym zamkniętym na cztery spusty pokoju to tylko i wyłącznie czcze gadanie, zwłaszcza jeśli widziałby brak entuzjazmu na mojej twarzy. Tu już oczywiście dobijamy do kluczowej kwestii jaka miała się wyłonić z tej (alegorycznej) historyjki, a brzmi ona tak: CZY MNIE TO DO CHOLERY MUSI OBCHODZIĆ co Ezekiel wykoncypował sobie w swojej główce? To nie jest tak, że my to mamy ustalić – to ma zostać ustalone. Bo co zmieni jeśli Ezekielowi złamię rękę, albo nawet uduszę go w tym pokoju sznurówką i zapukam do drzwi z wiadomością, że decyzja jest już podjęta? No nic nie zmieni!

Myślę, że po takim doświadczeniu Ezekiel zrozumiał by, że całe te jego „prawa człowieka”, pacyfizm i w ogóle cała ideologia jest tyle co gówno warta o ile nie jest poparta rzeczywistą siłą. Ten pokój to alegoria – można się w nim znaleźć wchodząc do ciemnej uliczki; jesteśmy w nim również cały czas kiedy żyjemy na tej planecie. System z którym mamy do czynienia obecnie nie jest oparty na żadnych wolnościach obywatelskich , prawach człowieka czy innych ideologiach, lecz funkcjonuje tylko i wyłącznie za pomocą aparatu przymusu. Nie ma znaczenia kto ma rację – znaczenie ma to, kto ma siłę by tą rację udowodnić. Pacyfiści mogą gadać w kółko, że brzydzą się przemocą, ale nie rozumieją tego, że tak właśnie mogą robić, bo zapewnia im tą możliwość nic innego jak właśnie przemoc.

Cała nędza pacyfistycznych społeczeństw to właśnie to, że nie przychodzi im do głowy rzecz taka, że sąsiadującego z nimi społeczeństwa może to absolutnie nic nie obchodzić. Jeśli chcą rzeczywiście ten pacyfizm sobie wyznawać, to muszą mieć aparat przemocy, który im go w razie czego obroni. Inaczej są jak małe dzieci, które całymi dniami mogą się bawić i beztrosko łapać na łące motyle, ale tylko dlatego, że rodzice w tym samym momencie zarabiają pieniądze w pracy.

Na tym najwyższym poziomie polityki, do którego żadna ideologia, ani teoria nie jest w stanie sięgnąć, o wszystkim decyduje tępa siła wymierzona w inną tępą siłę. Koniec końców do tego i tak się kiedyś musi sprowadzić. Co by na ten temat nie wykoncypowali sobie lewicowi utopiści.

środa, 19 sierpnia 2009

Precz z aptekarstwem i odważnikami, czyli o konserwatyzmie jeszcze słów kilka

Cała ta oświeceniowa spuścizna wraz ze swym nieodrodnym dzieckiem, demokracja liberalną jest o tyle nieprzyjemna, że stwarza warunki, a wręcz zachęca do tego, że każdy sobie może pomędrkować. Nie chodzi mi mędrkowanie typu: jak należy jeść bezę, bo to nie aż takie groźne, ale o układanie wszelakich teorii w ważkich sprawach politycznych. Mędrkujący na tym gruncie Robespierre wydedukował terror polityczny, jego kolega po fachu Marks Karol wpadł na pomysł socjalizmu – że sięgnę od razu po jedne z cięższych argumentów.

Dzisiaj, na początku XXI wieku, różnych: mniejszych czy większych, mało w sumie niebezpiecznych, ale i całkiem groźnych konstrukcji myślowych jest cała masa. Nad tą rzeczywistą, gołą polityką wisi ogromny nawis teoretyczno-ideologiczny zakrywający, ale i ją zniekształcający. Pączkują tu coraz to nowe polityczne czy para-polityczne pomysły – różne anarchokapitalizmy, neobolszewizmy, ale też ekologizmy, wegetarianizmy czy Ligi Ochrony Świnek Morskich. Po co to piszę? Ano po to, żeby odnieść to do tego z czym ja się utożsamiam i do tego z czym utożsamia się część z osób, które to przeczyta, mianowicie do myśli konserwatywnej.

Konserwatyzm, jak widać, też jest jednym z tych „-izmów”. Tyle, że od początku był „-izmem” zupełnie innego rodzaju, był sprzeciwem wobec nowopowstających tworów teoretycznych. Tyle, że zdają się tego nie dostrzegać niektórzy z tych, którzy dumnie nazywają się konserwatystami, popadając w to samo racjonalne ujmowanie świata. Popadł w nie p. Wielomski ze swoim towarzystwem, popadają inni monarchiści czy nawet konserwatyści niereakcyjni. Ale spójrzmy na restauracjonizm – powrót do dawnych form instytucjonalnych jest teoretycznie oczywiście możliwy, ale czy ta odrestaurowana monarchia, wraz z ogromnymi zmianami społecznymi, kulturowymi czy obyczajowymi będzie tym samym co kiedyś? Szczepan Twardoch pisze o tym w następujący sposób:

„Józef de Maistre nie jest na pewno mniej spostrzegawczy. Jego najdonioślejszym osiągnięciem jest być może to, że nie dał sobie zamydlić oczu koroną Ludwika XVIII, liliami powiewającymi znowu, po ponad ćwierć wieku, nad Francją. De Maistre wiedział, że dekoracjami z dykty można zasłonić ruinę spalonego królewskiego zamku, lecz nie da się go tak odbudować. Rivarol relacjonuje rozmowę Ludwika XV z dworzaninem: król pyta o godzinę, dworzanin odpowiada – „Jest ta godzina, której sobie Wasza Wysokość zażyczy”. Ludwik XVIII mógłby co najwyżej oszukiwać, po kryjomu przekręcając wskazówki zegarka. De Maistre, nawet za Restauracji, pokłada swą nadzieję w Bogu. Wie, że na ziemi już przegraliśmy.”

Tak więc z tej strony naprawdę nie trudno konserwatystom integralnym przywalić. Ale przywalać można też całej plejadzie publicystów czy bloggerów, którzy nie pojmują, że tego kulturowego szkła, które się rozbiło, nie można już posklejać. Robi to lewactwo i ma rację. Przekonanie o niezmienności form musi prowadzić do tworzenia sobie utopii. Zresztą lewica często ma rację definiując obecne procesy społeczne, których nierzadko nie widzi, albo i też nie chce widzieć prawica.

Zatem, czymże ma być dzisiejszy konserwatyzm? Odpowiedź jest u Ernsta Jungera. Ten pisze: „Tradycja to nie ustalona forma, ale żywy i wieczny duch, za manifestacje, którego odpowiedzialne jest każde pokolenie”. Tak samo: „Konserwatyzm nie jest przywracaniem tego, co było, ani trwaniem przy tym, co jest, ale życiem z tego, co obowiązuje zawsze”. Ujmowanie natury ludzkiej w karby teorii jest jej wrogie, tym bardziej gdy są to koncepcje uniwersalne, a przez to abstrakcyjne. Konserwatyzm odnosi się tylko do „tu i teraz”, do konkretnych i szczególnych ludzi oraz społeczeństw i narodów, wszystkie „powszechności” jak np. pojęcie „ludzkości” biorąc za wyimaginowany liberalny frazes. Póki co jej nie ma, dlatego nie ma też choćby żadnych powszechnych praw człowieka.

Z natura ludzką nie można dyskutować, nie można jej próbować zmieniać. Może ona być ograniczona jedynie tak samo niezmiennym Prawem Bożym, które wraz z nią tworzy zbawienne napięcie, bo ogranicza ją i nie pozwala pójść w samopas. Wszelkie racjonalne i teoretyczne majstrowanie przy niej kończy się tylko różnymi egalitaryzmami, feminizmami, ślubami par gejowskich czy odbieraniem rodzicom dzieci przez państwo, co ma miejsce na masową już skalę w Szwecji.

Tak więc o odkopanie tej natury z demoliberalnej skamieliny powinno chodzić. Dla Jungera tymi praformami są walka i miłość. Nie jest to żadne „poprawianie świata”, lecz powiedzenie wszystkim poprawiaczom stanowczego „nie”. Nie ma tu miejsca na tworzenie jakiś uniwersalnych, jedynie konserwatywnych systemów gospodarczych czy ustrojowych, jakby chcieli niektórzy. To zwykłe mędrkowanie, które z realnym życiem, a tym samym z konserwatyzmem nie ma wiele wspólnego.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Parafrazując niejakiego Marksa Karola:

Historia jest lokomotywą rewolucji.

środa, 12 sierpnia 2009

"Również upowszechnienie zasad narodowej demokracji zapoznało kolorowe ludy z nowymi i skutecznymi środkami emancypacji. Weksle pożyczek wojennych w formie krwi i siły roboczej, które u tych ludów zaciągnięto, są teraz okazywane przy wykorzystaniu tych samych zasad, na które powoływano się podczas ich zaciągania.
Istnieje zasadnicza różnica, czy konfrontacja przebiega z buntowniczymi książętami, kastami wojowników, z ludami górskimi i bandami rabusiów, czy też z wykształconymi na europejskich uniwersytetach adwokatami, członkami parlamentów, dziennikarzami, laureatami Nagrody Nobla i ludnością, u której obudzono zmysł humanitarnego frazesu i abstrakcyjnej sprawiedliwości. Również mniejsze skrupuły towarzyszą wymianie strzałów w północnoindyjskich kotlinach albo na egipskiej pustyni, niż wymianie uprzejmych frazesów na kongresach, które dzięki nowoczesnej technice przekazu informacji, mogą liczyć na odzew światowy"


Ernst Junger
„Atmosfera bagna”, 1932

wtorek, 11 sierpnia 2009

Kościół Katolicki, a ponowoczesność

Ciężko jest być konserwatystą czy nacjonalistą. W zasadzie cała ta walka z wiadomymi siłami coraz większym stopniu przypomina jakieś wkładanie co pewien czas kija w szprychy, a nie walkę dwóch przeciwników na równych zasadach. Nie żebym płakał, że „mało mamy demokracji” czy coś w tym stylu, bo do tego cynicznie przyzwyczaił nas przeciwnik, ale o to właśnie chodzi, że „zwiększanie ilości” tej demokracji, polega na czymś dokładnie odwrotnym. W sumie po części rozumiem tych lewaków, skoro twierdzą, że mają rację to logiczna tego konsekwencją jest to, że tych, którzy racji nie mają będą chcieli jakoś „wykolegować”. Tyle, że robi się to w dość ohydny sposób, prezentując – sorry – przygłupiej widowni cały ten niby demokratyczny teatrzyk.

Można by powiedzieć – używając języka młodych (to wobec zarzutu, że prawica nie „otwiera się” wystarczająco na ludzi młodych) – że jesteśmy w ciemnej dupie. Te całe 200 lat wstecz to tak naprawdę pasmo mniejszych czy większych porażek prawicy. Konserwatyzm przegrywa walkę w zasadzie na każdym polu: polityka, kultura, życie religijne czy wizja społeczeństwa to sfery albo przebudowane przez lewactwo od nowa, albo w ogóle zanegowane. Partiami prawicowymi dzisiejszej zachodniej Europy w rodzaju Partii Konserwatywnej w Wielkiej Brytanii czy francuskiej UDF można by straszyć w sennych wizjach wcale nie ortodoksyjnych konserwatystów sprzed stu lat. Cały dyskurs polityczny przesunął się tak bardzo na lewo, że gdyby przyłożyć do tego konserwatyzm par excellence jako doktrynę polityczną to musiałoby się okazać, że w rzeczywistym życiu politycznym mamy do czynienia z lewicą i umiarkowaną lewicą, którą się staje nieuchronnie koncesjonowana część prawicy po dopuszczeniu do realnej (parlamentarnej) polityki.

Żyjemy w świecie, w którym dawne formy leżą rozsypane jak stłuczone szkło. Nadszedł czas nowego „hellenizmu”, epoki, w której wyjałowiona ziemia cywilizacji zachodniej rodzi tylko karykatury dawnych idei. To co mam na myśli od początku pisania tego tekstu to rola, a także chyba powinność w całej tej skarlałej rzeczywistości Kościoła Katolickiego. Jest to instytucja, która – w porównaniu do innych – zachowała się w dość w sumie znośnym stanie, a już na pewno całkiem znośnym do momentu Vaticanum II.

Żeby nie przedłużać: Kościół dla każdego komu dawny porządek rzeczy jest choć w jakimś stopniu drogi jest czymś w rodzaju drogowskazu, punktu orientacyjnego do którego zawsze można powrócić mając pewność, że będzie tam gdzie był zawsze. Rodzajem latarni morskiej, którą się widzi z najodleglejszych miejsc wędrując po rozciągłym świecie. Dla wielu jest czymś w rodzaju azylu, gdzie można się schronić razem z tym w co się wierzy, nie będąc nazywanym oszołomem. Jest jedynym miejscem, któremu los powierzył powiernictwo nad Tradycją, choć to żywa część jej samej. Bez stałego oparcia w postaci tradycyjnego Kościoła właściwie żaden konserwatyzm nie będzie możliwy. Stanie się tak samo relatywny jak wszystko inne i popłynie w rewolucyjnym nurcie przemian społecznych.

Znaczący wydaje się tu być stosunek konserwatyzmu rewolucyjnego do Kościoła. Pogląd zakładający zmienność form na przestrzeni dziejów i z tą zmiennością się godzący za jedyną formę, która „musi” trwać niewzruszona uznaje właśnie Kościół. Jego niebagatelną rolę dostrzega też wielu ateistów, żeby wspomnieć choćby prof. Wolniewicza. Sobór Watykański II był przykrym błędem Kościoła. Źle by się stało, gdyby dalsze zmiany miały nastąpić w przyszłości. Każde nowinkarstwo jest tutaj szkodliwe, bo doprowadzi do upłynnienia całej doktryny, a wraz z nią poślizgu nabierze cała konserwatywna aksjologia. Hierarchia kościelna nie może godzić się na żadne kompromisy z rzeczywistością.

I po prostu niedobrze mi się robi kiedy widzę jak abp Życiński firmuje kościelnym autorytetem przedsięwzięcie pt. „Przystanek Woodstock”. Tak samo rzecz się ma jeśli chodzi o wypowiedzi Życińskiego odnośnie gejów. Zresztą co tu dużo się rozpisywać – wiadomo powszechnie jakie poglądy ów hierarcha reprezentuje. Wpisuje się to oczywiście w szerszy trend, który sprawia, że chociażby w Szwecji związek homoseksualny dwóch pastorów jest zupełnie normalny. No, u nas na razie nie ma takich liberalnych fajerwerków (strach pomyśleć co by było gdyby kościół szwedzki należał do KK), za to mamy tych swoich kilku Życińskich, których, uważam, że tak samo powinniśmy temperować.

Poza tym wszystkim Kościół pełni role naturalnej bariery ochronnej, czegoś w rodzaju układu immunologicznego społeczeństwa przed lewacka zarazą, dla wielu ludzi jest światopoglądowym kręgosłupem – jeśli on padnie, będziemy mogli rozejść się swobodnie do domów.



Dokument Frondy "Postęp po szwedzku":





poniedziałek, 3 sierpnia 2009

- Gdzie idziesz? - Przed siebie.

Stwierdzenie, że światem rządzą lewacy (Żydzi, masoni) jest tak naprawdę w swej istocie stwierdzeniem bardzo optymistycznym, bo oznacza, że lewaków ( Żydów, masonów) można by najzwyczajniej w świecie z tej uprzywilejowanej pozycji usunąć i wstawić tam swoich ludzi. Sytuacja staje się dużo bardziej poważna, gdy dojdziemy do wniosku, że rola człowieka w kierowaniu ogółem zjawisk i procesów jest zdecydowanie ograniczona, sam zaś człowiek jest raczej jednym z elementów przyrody i to raczej jej przedmiotem, a nie podmiotem.

W ogóle śmieszne wydają mi się stwierdzenia zakładające, że można to wszystko „wziąć za mordę” i pokierować po swojemu. W sensie: żeby naprawdę rządzić, tj, wpływać na procesy społeczne i na mentalność ludzi, a nie ograniczać się do płytkiej administracji polegającej na rozstrzyganiu czy maksymalna prędkość w terenie zabudowanym ma wynosić 50 czy 60 km/h. Bardzo popularne wydaje się być przekonanie, że wszystko co złe na świecie to wina człowieka: jego błędy na władczych stanowiskach, źle skonstruowany system, złe intencje. Pogląd ten wyrasta tak naprawdę z oświeceniowego antropocentryzmu, na którym opierają się wszystkie wizje budowy „nowego świata” poubierane w różne ideologie. Jest zatem lewicowy, choć niestety nie obcy w środowiskach określających się jako prawicowe czy nawet reakcyjne. Najjaskrawszym przykładem są tu monarchiści ze swoją monarchią. Ustrój tak naprawdę ma znaczenie drugorzędne, a sam jego zmiana nie rozwiąże ani jednego problemu.

Tak więc, decydujący wpływ na kształt rzeczywistości mają przede wszystkim procesy społeczne, takie jak emancypacja stanu trzeciego, powstanie „stanu czwartego”, a więc pojawienie się mas robotniczych, emancypacja kobiet czy w tej chwili narodziny i rozrost kultury gejowskiej. To te procesy rozkładały potężne aparaty państwowe, a nie na odwrót!
Pytanie teraz idzie o to czy coś tymi procesami steruje, a jeśli tak to co? Kluczowym wydają się tu być dwie kwestie, w zasadzie powiązane ze sobą: rozwój technologiczny i system gospodarczy. Rzeczy, które zmieniały rzeczywiście oblicze całych społeczeństw to wynalazek druku, powstanie wysoko nakładowej prasy, wynalezienie łączności radiowej, XX- wieczna informatyzacja. Nie było to skutkiem żadnej ideologii, przeciwnie – dopiero umożliwiło ich powstanie i zafunkcjonowanie.

Postęp technologiczny jest faktem i nie mam zamiaru go negować. Natomiast zupełnie czymś innym jest postęp jako idea, który służy liberałom, bądź socjalistom do nagabywania kolejnych baranów do stada, to „kroczenie naprzód” ludzkości. Znamienne jest to „naprzód” – ludzkość w świetle tej teorii nie zmierza w żadnym konkretnym kierunku, nie stoi przed nią żaden wyznaczony cel, który należy osiągnąć, po aby w końcu odpocząć i cieszyć się życiem. Idziemy „przed siebie”.

Można oczywiście tak sobie rozmawiać o postępie, cieszyć się pod warunkiem tylko, że nie zna się i nie operuje pojęciem prawa naturalnego. Żelazne prawa przyrody sprawiają, że wraz z postępem (technologicznym) konstrukcja społeczna zaczyna się w coraz większym stopniu odrywać od tego co podyktowała nam apodyktycznie przyroda. Skutkiem ubocznym kapitalizmu jest nowy typ człowieka: filister-indywidualista, przewrażliwiony na punkcie swojego bezpieczeństwa, nad wyraz ceniący spokój, wygodę, komfort, dobrobyt, cały czas z pełnym brzuchem, więc spokojny i nie agresywny. Tyle, że wobec wroga zupełnie bezbronny. Nie chodzi nawet tępą siłę fizyczną – bezbronny jest swoją niepłodnością wobec rozmnażających się gwałtownie Arabów czy Chińczyków. Bezbronny jest swoim przeintelektualizowaniem, kiedy uważa, że na wszystkie pytania musi odpowiedzieć i wszystko tolerować.

Jest on produktem cywilizacji (tak pojmowanej jak pojmował ją Spengler, a więc jako dopełnienie i zmierzch kultury). Zatraca zupełnie instynkt, coraz bardziej wszystko racjonalizuje, ceni sobie „wolność”, więc konstruuje „wolnościowe”: demokrację liberalną i kapitalizm. Jakość odchodzi wypierana przez liczbę – to właśnie nacisk na ekstensywność jest charakterystyczny, wraz ze swoim przyjściem cywilizacja początkuje proces zwielokrotniania „produkcji”, tyle, że czym więcej produkuje, tym mniej jest to wartościowe i tym bardziej pozbawione duszy. Następuje stopniowe wyjaławianie z metafizyki.
Coraz bardziej znaczącą rolę w takiej sytuacji zaczyna odgrywać pieniądz. Przestaje z czasem być tylko ekwiwalentem jakiegoś dobra i sposobem, który miał jedynie ułatwiać życie, staje się zaś wartością samą w sobie, podporządkowując sobie kolejne obszary życia. Zyskowność jest coraz bardziej znaczącą kategorią oceny rzeczywistości.

Nie chodzi mi o to, żeby to jakoś drastycznie zmieniać, w sensie: robić jakąś rewolucję i tego typu rzeczy, bo nie ma raczej na dłuższą metę innej możliwości niż mariaż któryś awatarów demoliberalizmu i kapitalizmu. Na pewno nie w Europie i nie teraz. Tyle, że ten hurraoptymizm postępu jest zupełną ułudą, należy sobie zdawać sprawę, że każda zmiana społeczna jest tylko kolejną zmarszczką na twarzy cywilizacji, która bynajmniej nie odmładza jej i nie nadaje jej wigoru, a wręcz przeciwnie.
Najnowsze „Arcana” drukują świetną ankietę na temat mediów – czy pożarły już ostatecznie politykę, kto nimi rządzi, czy istnieje przestrzeń publiczna poza nimi? Marek Has stawia tezę, że ten hurraoptymizm jest niezbędny do utrzymania całego systemu. Powodem ma być stale rosnąca podaż pieniądza na rynku, nie będąca w zależności z przyrostem dóbr na rynku swobodna kreacja kapitału. Jego pokryciem na rynku staja się zobowiązania kredytowe, a więc obietnice przyszłych dóbr. Ich coraz większa ilość przesuwa ten optymizm coraz dalej w przyszłość.

Tak więc, coraz większa rolę jako czynnik władczy zaczyna odgrywać pieniądz, idee natomiast tracą na znaczeniu. Ciekawym jest pytanie w jakim stopniu dajmy na to TVN jest lewicowy, a w jakim po prostu koniunkturalny? Obecnie ostatnią instancją oceny medium jest zysk, cała ta lewicowa otoczka obliczona jest pozbawienie społeczeństwa naturalnych barier, które powodują, że czegoś mógłby nie kupić albo kupić mniej. Interesy koncernów medialnych i producentów są tu tożsame – jedni zarobią na reklamach, drudzy na sprzedaży. Gra idzie zatem o to, żeby „rozmiękczyć” społeczeństwo, usunąć tkwiące w nim normy, które mogłyby działać hamująco. Z oczywistych powodów służy do tego „wolnościowa” ideologia lewicowa. Propaganda w starym stylu, tak jak uprawiała ją Wyborcza, wydaje się stawać przeżytkiem, co pokazuje spadający nakład.

Smutne to oczywiście, że tym decydującym czynnikiem staje się zysk. I to zysk zależny od upodobań masy, a więc pociągający za sobą zwulgaryzowanie, płytkość, strywializowanie, schlebianie najniższym instynktom, odrzucenie tradycji i norm społecznych. Takim ten świat się staje, wy nie wierzcie kapłanom postępu, że będzie tylko lepiej! Oni mają żywotny interes, aby tak mówić. Nie ma żadnego new order, nie pojawili się, aby Wam coś dać, chcą jedynie zabrać!
Optymizmu wiele w tym nie ma, ale – jak napisał Spengler – optymizm to tchórzostwo.